
Wykonany ręcznie z mosiężnej blachy, ważący 3 tony piękny plafon, umieszczony jest nad widownią dużej sceny kieleckiego teatru. Fot. Paweł Nyczaj
Część 3. Złoty ekran nieba
„Samotność – pełzanie przez dni i noce obok życia”. (Borys Russko)
– Panie Kubo, czas do domu…
Ocknął się, chociaż nie spał, niezadowolony, ale posłuchał.
Sprzątająca patrzyła łagodnie, jedną ręką trzymając szczotkę na długim trzonku, co ułatwiało jej oczyszczanie wykładziny teatralnej widowni, drugą zaś położyła na ramieniu Jakuba, jak matka, która budzi śpiącego syna – z czułością, ale też z przekonaniem, że właśnie teraz powinien wstać, porzucić senne majaki czy marzenia i powrócić do najważniejszego – do zwykłego, realnego życia.
Uśmiechnął się, zażenowany niczym mały chłopiec wchodzący dopiero w meandry życia, przeprosił tłumacząc niezbornie, że tu właśnie, pod złotą kopułą nieba myśli mu się najlepiej, i najlepsze przychodzą do głowy pomysły. A to w jego pracy teatralnego scenarzysty wydaje się najważniejsze. Czy zrozumiała, nie był pewien, ale uśmiechnęła się ciepło. Patrzyła nań uważnie, odgarnęła kosmyk siwiejących włosów, który niesfornie wymykał się z upięcia. Otarła czoło.
Złote niebo zawładnęło nie tylko wyobraźnią i zmysłami Jakuba. Błyszczący złoty plafon-ekran opanował jego duszę. Czy w teatralnym fotelu, czy na podłodze między siedzeniami opustoszałej widowni, co bardziej lubił, niewidoczny dla nikogo – Kuba śnił rozmaite wizje. Podłoga falowała delikatnie jak łódka zacumowana w niewielkiej marinie. Prawie słyszalny był realny, cichy plusk wody. Czasem – jak w kalejdoskopie-zabawce – obrazy wirowały, zmieniały się, układały w coraz to inne barwne konstelacje, a spośród geometrycznych, kubistycznych wręcz kształtów wyłaniały się niekiedy zupełnie realne byty, jak choćby szkielety z pewnego pamiętnego przedstawienia. Były namacalnie obecne, siedziały na krzesłach, obchodził je z boku, oglądał z tyłu. W porządku. Co ciekawe, zauważył, wszystko, czego doświadczył, co ujrzał dzięki swojemu złotemu niebu – Przyjacielowi, jak je nazywał – układało się w pary. Dwa szkielety, liczył, cztery, osiem… Albo słowa. Złoty ekran, gdy tylko wpatrzeć się weń uporczywie i długo – w odpowiedzi zawsze wyświetlał dla Kuby przeróżne ciekawe zestawy słów, podwójne. Niekiedy śmieszne tak bardzo, że Kuba chichotał w głos nie mogąc opanować rozbawienia. „Widzowie i widzki”, „słuchacze i słuchaczki”, „damy i huzary”, „brudasy i brudaśnice”. W tych nielicznych chwilach niemądrych słownych gier-przepychanek czuł ulgę, i jasny, chłopięcy uśmiech gościł w jego oczach i na twarzy.
Kiedyś złote niebo podarowało mu wyjątkowe słowo. W dodatku nie do pary. Endywia. Przymknął oczy i ujrzał przepiękną dziewczynę. Szła wśród dojrzałych łanów zbóż, delikatnie odsuwając ciężkie, nabrzmiałe ziarnem kłosy. Miała suknię jak maki czerwoną i złociste falujące włosy. Pokochał Endywię od Tycjana od pierwszego wejrzenia.
– Endywio, czy wyjdziesz za mnie?
Zauważył nową skłonność u siebie. Otóż, zaczął liczyć. Bezwiednie przebiegał wzrokiem i przeliczał rozmaite policzalne przedmioty: guziki przy koszuli, okna bloków, ludzi w kolejce do sklepowej kasy, i nawet trudniejsze – kropki czy inne dekoracyjne znaki na szyldach i migoczących neonach. Parzystość niosła ukojenie, lecz gdy wychodziła liczba nieparzysta – zasłaniał oczy; wydawało się – zapłacze rzewnymi łzami. Musiał bardzo się pilnować, by nie dać ujścia takim słabościom. Sam sobie tłumaczył:
– Skończ z liczeniem. I będzie w porzo. Jak dawniej.
Łatwo powiedzieć. Próbował, to oczywiste. Nieco lepiej było w świąteczne dni, gdy nie wychodził z domu, oraz jeden raz, kiedy wyjechał na krótki urlop, czego nie chciał, ale go wręcz przymuszono. Wprawdzie nie liczył, zajęty obserwowaniem nowego otoczenia, ale zaczęły go osaczać zewsząd słyszalne wibrujące w uszach pary: Polki i Polacy, wyborcy i wyborczynie, kierowcy i kierowczynie. A więc: psy i suki, myszy i… ludzie. Oj, ludzie…
Z wyjazdu wrócił rozbity. Rozczarowany. Bardzo też zawiodła jego nadzieje Endywia. A było tak obiecująco, tak atrakcyjnie. Czuł rozgoryczenie i zniechęcenie. Tak piękna, uśmiechała się cudownie jak nikt, i tak okrutna. Koniec. Nie ma złotowłosej, idącej w makowej sukience wśród nabrzmiałych ziarnem kłosów. Jej obraz, jak w starym, śnieżącym ekranie telewizora, rozpadł się na kolorowe punkciki-piksele. Deszcz. Gdy użył innego narzędzia, jej postać otoczona mglistą poświatą zawirowała w szalonym tańcu. Rozbawiło go to i dalej, dalej próbował, deformował, przekształcał, aż postać dziewczyny zatraciła naturalne piękno dziewczęce, by w efekcie uzyskawszy kształt lejka – wtopić się w pierwotną matkę ziemię na zawsze.
Tęsknił do złotego ekranu nieba. Tylko tam była prawda i tam odczytywał życzliwe rady i wytyczne na życie. Nie musiał pytać, jak żyć. Złoty plafon wiedział, uprzedzał jego pytania gotowymi odpowiedziami, które podawane nie wprost, a zaszyfrowane, wciągały Jakuba w fascynującą grę, której oddawał się całą duszą – aż do zatracenia.
Często wchodził na pustą teatralną widownię i siadał lub kładł się, jak to miał w zwyczaju, na podłodze. I patrzył na złote niebo – swojego przyjaciela. Rozumieli się na ogół bez słów, lecz niekiedy nabrzmiałe problemy, myśli kłębiące się w zwojach i zakamarkach mózgu musiały znaleźć ujście werbalne.
„Sam
wśród wielu
Jeden na stu
Napierają aż ziemia
do kolan
gardła podchodzi
Cóż mogę
s a m
z pięścią zaciśniętą w sercu”
Wtedy, zdarzało się, pani sprzątająca z westchnieniem wysłuchiwała kaskady słów młodego człowieka. I nie wiedziała, jak mu pomóc.
– Panie Jakubie, czas do domu. Posprzątałam pana pokój, proszę iść, już czas.
Irena Nyczaj
W opowiadaniu wykorzystano fragment wiersza Stanisława Nyczaja („* * * Sam…”; z tomu Najcichsza odwaga).
