STRZĘPKI ŻYCIA

„Każdy spożywa swoje życie jak befsztyk, na osobnym talerzu, przy osobnym stoliku”. (Witold Gombrowicz)

Początek Juwenaliów to był czas magii i Kuba czuł, nawet wiedział, że ten zaczarowany świat jest blisko – tylko wyciągnąć rękę. Dał się ponieść korowodowi rozmaitych przebierańców, błaznów i zgrywusów, który od akademików w studenckim miasteczku zdążał radośnie do centrum – na Rynek Główny, gdzie wszystko już czekało, by z rąk włodarzy grodu Kraka przejąć klucze do miasta.

Nie uznawał przebieranek, chociaż doceniał wysiłki studenckiej braci, odzianej i wymalowanej, a lepiej powiedzieć, wypacykowanej niemiłosiernie czasem od stóp do głów, że trudno było rozpoznać, kto zacz. Przyglądał się eksplozjom radości, dzikim harcom, wygłupom młodych ludzi – jego koleżanek i kolegów. Co robi wśród nich on-starzec, on-rupieć, ludzki strzęp, który murszeje, flaczeje, posępnieje i zanika. Żywy trup.

Nosił długie włosy hipisa, brodę i wąsy elegancko przystrzyżone, dżinsy dzwony wówczas modne i skórzaną, nabijaną ćwiekami kurtkę z frędzlami. Tyle wystarczyło, jak mniemał, by ukryć się w bezpiecznym kokonie.

Jak go odnalazła, do dziś nie wie. Nie powiedziała. I jakie to ma w gruncie rzeczy znaczenie. Pogodził się z myślą, że nie ma już domu, gdy po śmierci ojca odprowadzał go w zapierającą dech niemą otchłań, ciemną i bezkresną, którą słabiutko rozświetlały gwiezdne znicze. Pamięci? Nadziei?

Matka stała wówczas ze spuszczonymi oczyma, pełna win wszystkich matek świata i żalów do wszystkich synów świata, i nie powiedziała nic.

Gdy stanęła na progu jego malutkiego pokoju mała, zgorzkniała i bezbronna, dostrzegł w jej postaci coś jeszcze – hardość. Ta hardość przebijała się przez zasłonę łez, od których rozpoczęła wizytę. Tak jakby mówiła: „Wszelkie moje winy i tak obciążają twoje sumienie”. Czekał, co się okaże za tą maską, kamuflażem. Całunem?

Czyżby stała już u mety? Może chora, osłabła, szuka u mnie pomocy, opieki i nadziei? Zakłuło wspomnienie, gdy go wyrzucała z domu. Matka marnotrawna. Z rozbawienia aż się uśmiechnął, co przyjęła za dobry znak. Otarła łzy, już chcąc przejść do swoich racji, lecz on ją osadził surowym wzrokiem. Wzdrygnęła się od jego lodowatych dłoni i słów.

„Jednak nie upieram się wyłącznie przy nadziei,

mamiącej wieloma jeszcze latami.

Czekam na zwrot minionego czasu

do gruntownej jego poprawy

na lepszy, odmienny los”.

Nie pamiętał, nie mógł chyba pamiętać, gdy matka stawiała „pierwsze kroki słów do dziecka”. Może siostry pamiętały, może to na nie przelewała cały zasób matczynej miłości? I dla niego już nie starczyło? Nie wiedział. Przypomniał myśl Oskara Wilde`a: „Miłość matki jest oczywiście bardzo wzruszająca, ale nieraz zdumiewająco egoistyczna”. Westchnął ciężko i popatrzył na rodzicielkę pytająco. Otworzyła się i słowa zaczęły wschodzić, dojrzewać, aż przejrzałe, nadgniłe jęły spadać do stóp Kuby. Nie podniósł.

Prawda o wizycie matki okazała się do bólu zwyczajna, zawstydzająca wręcz w swojej typowej, banalnej ludzkiej historii. Otóż siostry Kuby po śmierci ojca jakoś bardzo prędko, jedna po drugiej, zaczęły opuszczać rodzinny dom w małym zapyziałym miasteczku. Ani się matka obejrzała, jak została sama, samiuteńka. A dom duży, potrzebuje nakładów na remont, i przede wszystkim sił fizycznych, aby utrzymać go w odpowiedniej czystości pomieszczeń, jako i ogrodu, niewielkiego, ale zawsze – wymagającego przecież stosownych do pór roku prac. Zrozumieć tych ucieczek swoich córek, matka, chociaż bardzo się starała, jakoś nie mogła. I żeby to jeszcze powychodziły szczęśliwie za mąż. No tak, jedna wyszła, pojechała za mężem do oddalonego miasta i tyle. Pozostałe trzy omamiły rodzicielkę, oszukały, mówiąc, że będą studiować. Na co im to? Pogłupiały doszczętnie. Matka była pewna, że ich ucieczka była spowodowana chęcią prowadzenia życia wolnego, nielicującego z godnością i powołaniem kobiety.

– Nie tak je wychowałam – zwierzała się gorzko przed jedynakiem. – Wpajałam im prawdziwe wartości. I co z nimi.

Znów zapłakała, bezgłośnie i bezradnie. Kubie zdawało się, że ze złością.

Nic nie powiedział. Czekał.

Tak jak przypuszczał, matka długo nie kazała mu oczekiwać i zastanawiać się, domyślać. Swoim zwyczajem, nie owijając w bawełnę wyłożyła karty na stół. Zaproponowała synowi powrót do rodzinnego domu. Że studiuje? Machnęła pogardliwie ręką. A co to za studia?

– Teatrologia.

– A cóż to takiego?

– No, na Wydziale Polonistyki studiuję wiedzę o teatrze.

– Też coś! To już lepiej być nauczycielem. Uczyłbyś w liceum u nas. W tym, które kończyłeś.

– Nie, to nie dla mnie. Interesuje mnie teatr.

– Przecież nikt ci nie broni pójść czasem do teatru…

– To nie tak, nie o to chodzi. Moje studia są…

Matka niecierpliwie prychnęła oburzona, przysłoniła pomarszczoną ręką oczy. Znów zapłacze?

– Widzę, że nic tu po mnie. Mój syn jest bez serca. Zostawia starą matkę bez pomocy. Ale pamiętaj: matkę masz tylko jedną. Zawsze możesz wrócić, gdy zmienisz zdanie.

Lubił to miasto duże, lecz nieprzytłaczające, chociaż, gdy się zastanowić, jego historia, bagaż przeszłości, zabytki sprawiały, że czuł do Miasta ogromny szacunek.

„Twarde naroża kamienic

jak rufy statków wpływają

w zatokę zgubionych źrenic”.

Barwny korowód juwenaliowych szajbusów niósł go, jak statek, do mariny, gdzie zakotwiczył, owinął się wokół pomnika wieszcza, wspinając po schodkach prawie na sam szczyt. „Adaś” jak zawsze patrzył przychylnie i z pobłażaniem na studencką wesołkowatą wiarę, tak samo jak alegoryczne postaci u stóp pomnika.

Nie myślał już o wizycie matki, ale musiał gorzko przyznać, że zakłóciła jego spokój, nie bez wysiłku osiągnięty po długim czasie „rekonwalescencji”, jak określał w myślach definitywne odejście z rodzinnego domu po odejściu ojca do innego, bezkresnego wymiaru wszechświata.

Potrzebował oddechu, czystego powietrza, więc powodowany impulsem skierował się ku Błoniom. „Połażę, posiedzę na trawie”. Podjął decyzję, znudzony głupkowatymi, przewidywalnymi, nie do końca oryginalnymi pomysłami żaków. Piwo lało się strumieniami, niektórzy już odlatywali, dziewczyny… ach, lepiej nie mówić.

Na Błoniach, okazało się, zorganizowano akademickie zawody jeździeckie. Nie po drodze było mu ze sportem, a już z takim, szkoda gadać. Ale popatrzeć można, tym bardziej że w kadrze jeźdźców przeważały dziewczyny. A to ciekawe! Kiedyś wyczytał, co go zdziwiło, że właśnie hippika jest ulubionym sportem kobiet. Wszelkie szkółki jeździeckie w dużym procencie cieszą się zainteresowaniem dziewcząt.

Megafony podały informację, że teraz oto rozegrany będzie emocjonujący parkur, w którym rywalizować będą jeźdźcy z Akademii Rolniczej kontra studenci innych uczelni, w tym humanistycznych i technicznych. Zapowiadało się ciekawie.

W ten jasny, słoneczny dzień na Błoniach stało się coś dziwnego – uderzył bezgłośny piorun. I spotkały się dwa światy, dwa byty odrębne, a już ku sobie ciążące – nieuchronnie.

„Dano ci szansę, więc zatarłeś ręce,

aż posypały się iskry.

Iskry wznieciły płomień, który odtąd

wrzał przy tobie gromko niczym znicz odwagi.

I stało się, że inni, przechodząc tuż obok,

odpalali od twego swe dawno ostygłe znicze.

I stało się, glob cały wybuchnął kosmiczną hutą!”

Życie Jakuba wkroczyło na tor nowy i fascynujący. Płomień płonął jasno. On – teraz ufny zdobywca, silny, witalny, doskonały. Chłonął wszystko, co było mu dane. No tak, z jednym wyjątkiem. Odmówił, i to stanowczo, co trochę zdenerwowało dziewczynę, jakichkolwiek prób bliższej relacji z końmi, nie mówiąc nawet o ich dosiadaniu.

– Nie, nie, nie – powtarzał. – To nie dla mnie.

– Tak, tak, tak. Zobaczysz, to dla ciebie, tylko spróbuj!

Nie spróbował. Pozwolił za to, by okrążały go, jak drapieżne ptaki, kołowały nad głową SŁOWA: parkur, kantar, munsztuk, pelham, sztylpy, toczki, dosiad, kłusak, czysta krew arabska, pełna angielska… Między słowami zdołał czasem uchwycić strzępki życia: jej uśmiech skierowany do niego, dotyk ręki, pocałunki…

„W ciemno bije serce i puls

W ciemno chwytamy się ostatniej…

                                          ach

jaka szalona

        jest w nas

ta noc

Dopiero potem

krew zarządza świt

i każe nam  j a s n o

zdawać sobie sprawy”

Serce Kuby pracowało na najwyższych obrotach. W ciemności, w szalonych nocach zbliżał się do nich kosmos. I wtedy bez oporu galopował, cwałował po gwiazdostradzie, po niekończących się międzygalaktycznych bezdrożach, gdy:

„jak nagły ogier przez twój sen na przełaj

wbiwszy zęby po chrapy w biały obłok żądzy

przynaglam mięśnie szarpię zmierzwioną dreszczami sierść”

Dzień zabierał czary i magię ciemności, a przynosił jasność i przewidywalną powszedniość. Dla Jakuba miłą, oczekiwaną, spełniającą jego marzenia, dla dziewczyny zaś absolutnie niewystarczającą. „Dlaczego, dlaczego? Co robię źle!” – wołał przerażony, gdy ona patrzyła tylko szklanym wzrokiem i nie mówiła nic.

– Jeśli chcesz, wsiądę na konia. Dla ciebie…

– Nie chcę, to znaczy chciałabym, ale to nie tak powinno być. Nie musisz.

– Nauczę się, polubię…

– Nie.

Było oczywiste, że towarzyszył swojej dziewczynie, gdy startowała w akademickich jeździeckich zmaganiach. Bywało, że studentów powoływano niekiedy do obsługi krajowych lub międzynarodowych zawodów w skokach przez przeszkody. Ich zadaniem było, jak wtedy w Zakopanem, przyprowadzać i odprowadzać na stadion sportowe konie z okolicznych stajni, wypożyczonych na ten czas u miejscowych gospodarzy.

Wśród jeździeckiej kompanii czuł się niepotrzebny i obcy. Chwytał spojrzenia chłopaków kierowane w jego stronę i rzucane z wysokości końskiego grzbietu. Były drwiące i smagały Jakuba jak pejczem.

A nocą… Głód – nieokreślony, dojmujący – został okiełznany jak niesforny koń rasy konik polski, jakiego widział w zagrodzie u gospodarza. Był niewielkiego wzrostu, poczciwa morda. Teraz na oczach Kuby przekształcił się w skrzydlatego pegaza. Niewiarygodne. I ta maść, niemożliwa u tej rasy, to wiedział – siwa jabłkowita, jaką spotkać można najczęściej u koni czystej krwi arabskiej albo nie mniej pięknych rosyjskich kłusaków orłowskich. Lubił oglądać urzekające urodą konie w albumach, i otaczać ramieniem urzekającą urodą swoją dziewczynę. Skrzydła pegaza falowały delikatnie, zachęcały do szalonej, nieujarzmionej galopady, aż do zatracenia. Kuba podbiegł, by wzorem Daniela Olbrychskiego, wskoczyć zgrabnie na koński grzbiet, ale… nie ma siodła! Coś poszło nie tak, rumak zarżał gniewnie, stanął dęba i… no, zabolało.

To był podniecający, baśniowy piękny czas. W półśnie widział się szalonym dżokejem, pędzącym po leśnych duktach, bez strachu pokonującym rowy, wykroty, zwalone pnie, płytkie kałuże, ba, nawet całkiem duże błotniste bajora. Nie czuł strachu, że koń pośliznąwszy się upadnie, przygniecie go ciężarem ciała. Nie. Chwilami czuł, że kto wie… być może i na jawie, niewykluczone, przecież wiedział: „nigdy nie mów nigdy”, że jednak sprosta wyzwaniu, przełamie opory. Ale coś go powstrzymywało. Posłuchał i nie wykonał decydującego kroku.

I tak to się skończyło. Jakub patrzył na zaczątki wspólnego gospodarstwa: niski stolik-ławę ze ślicznym szklanym blatem, który w tajemnicy przed nią sam wykonał, korzystając tylko w niewielkim stopniu z pomocy fachowca. Cieszyła się. Przecież widział, nie udawała. Lubili siadywać przy stoliku i popijać kawę lub piwo. Potem płonęli, płynęli w gwiezdny otchłanny niebyt.

Albo zboże… Potrafiło nieźle podrapać, ale też maki z czułością pieszczące drobne ranki – jak troskliwe siostry miłosierdzia – kazały zapominać o niewygodach. Pamiętał tylko ogień, pożar. Miał trwać wiecznie. Nie udało się.

„Ziemia

– spróbuj zapomnieć –

podpełza do kolan rąk

przenika do żył

ziębi krew

We włosach rzęsach

już pierwsze źdźbła

Niebawem

– musisz się liczyć –

szeroko rozpowie łąka

o twej

ostatniej podróży”.

 

Irena Nyczaj

__________

W opowiadaniu wykorzystano wiersze Stanisława Nyczaja ze zbiorów: Covidiada, Tęsknota za nadzieją, Najcichsza odwaga.