Andrzej Walter

 Moje dłonie muszą umieć więcej 

Czy warto być poetą? 

Nie wiem. Bo to pytanie zgoła bezsensowne. Bo to pytanie podchwytliwe, jakby perwersyjne, zgoła prowokujące odpowiedź, że nie, że nie warto, jeśli za wartość uznać jakiekolwiek wartościowanie, które nie ma najprawdopodobniej racji bytu względem ducha czy poezji, względem naszego człowieczeństwa, czy nawet szerzej, względem naszego humanizmu oraz postawy wobec świata i jego objawów piękna. A jednak tak wielu ludzi decyduje się pójść taką właśnie drogą w swoim życiu. Tak. Jest w nas poezja i jest nas w Polsce wielu, bardzo wielu. Poetki i poeci, wierszokleci i persony kolosalnie inne, odmienne od pewnych wszechogarniających mas cywilizacji hedonizmu. Skąd takie refleksje?

 Otóż w naszym środowisku jest fascynująca grupa poetów niewidomych. Poetów, którzy widzą więcej. Poetów, którzy czują inaczej, jakby mocniej, pełniej, intensywniej. Poetów, którzy widzą to, czego my nie potrafimy dostrzec … 

I to pytanie, pytanie nie bójmy się słów – bolesne, nabiera w ich przypadku jakby nowych znaczeń, nowych treści i zupełnie innego smaku. Czy warto być poetą? A może to dojmujące kalectwo właśnie w ich przypadku otwiera przed nimi zupełnie nieznane światy, wizje i perspektywy. Może właśnie oni – ludzie tajemnych dla nas zmysłów – widzą prościej, wyraźniej i piękniej? 

Czytam dziś słowa Krzysztofa Galasa z jego ostatniego, przyznajmy – bardzo dobrego tomu „Modlitwa o błękit”, które brzmią wyraziście: 

na drodze do celu

Uznać właściwy czas i miejsce 

Te słowa stanowią bodaj najwłaściwszą odpowiedź na pytanie – czy warto być dziś poetą? Na drodze do celu … Cóż jednak jest naszym celem? Zapisanie tysięcy kartek, szukanie metafor, poszukiwanie cudów języka ukrytego w lapidarium koncentracji poezji i oddziaływującego silniej niż jakikolwiek inny tekst? A może ów cel jest bardziej ukryty niż nam się wydaje i jest czymś pomiędzy walką z przemijalnością i lękiem, że jednak kiedyś nas już tu nie będzie, a zostanie po nas tylko pamięć i te właśnie z bojaźnią pisane słowa – o miłości, o pięknie, o uczuciach – o wierze, nadziei i stawaniu pod prąd na przekór rzeczywistości? I do tego jeszcze sami do końca nie wiemy, czy to jeszcze poezja, czy już tylko kochanie – życia i słów, dotyku i namiętności, zachwytu i goryczy. Bo być może bez goryczy nigdy nie ma poezji, bo poezja – jak wszystkie ze sztuk – rodzi się prócz zachwytu i z bólu, który nie przemija, który musi być przypisany do bytu, gdyż jest li tylko bólem istnienia i bólem wędrówki do mało istotnej, bezsensownej śmierci. Poeci mają zawsze ze śmiercią za pan brat, ale i śmierć jest dla nich śmiechu wartą kategorią, którą zawsze usiłują okiełznać na przekór prawidłom i wszelkim prawom: fizyki, liczb oraz wydumanych teorii nauki. 

I tutaj jest chyba ich właściwe miejsce. W tańcu ze śmiercią i tańcu z życiem. W kozackim, szaleńczym tańcu z burzami i przeciwnościami, które skutkują czekaniem i cierpliwością – ba, poddaniem się – na drodze do celu, i uznaniem – właściwego czasu i miejsca. 

Ale „Modlitwa o błękit” widzi o wiele więcej. Krzysztof Galas przekroczył próg egzystencji i jego wiersze wkraczają w obszary przeznaczenia, w światy patrzące na życie z perspektyw filozoficznych, w światy chwytające życie za twarz oraz śmiełe weń spojrzenie i nie poddające się: marazmowi, niechęci, wszelakim konfliktom i sporom, które potrafią nas tylko skutecznie podzielić i rzucić w wir wojen … o nic. Gdyż chyba wszelkie wojny są tak naprawdę o nic. O zatknięcie flagi na Mount Evereście – pytanie tylko: po co? 

Po lekturze „Modlitwy o błękit” jakoś tak cieplej się człowiekowi robi w duszy. Jakoś tak więcej otuchy i sensu, więcej czułości i wiary, jakoś tak więcej optymizmu i nadziei. Skąd Autor to zobaczył? Jak to dostrzegł? Skoro nie mógł. A jednak – stało się, jak byśmy górnolotnie powiedzieli – dokonało się. Dlatego warto poczytać Galasa. Warto się z Krzysiem Galasem czytelniczo zaprzyjaźnić i wydrążyć w jego tomie drogę do własnej duszy. Warto sięgnąć po tę jego indywidualną poezję, w której ból i zniechęcenie do świata przeplatają się z tym niesamowitym pozytywnym instynktem, w tej jego namiętnej pazerności na życie i jego objawy na przekór wszelkiemu poddaniu się oraz w tej jego impulsywnej wręcz wierze w siłę miłości. 

Że miłość jest odpowiedzią, i że to banalne? A cóż to szkodzi znów, ale inaczej, świeżej i bardziej intymnie wejść w wiersze wodospadów miłości i pogodzenia się ze wszystkim, co dane nam jest przeżyć i doznać? Zwłaszcza, iż Krzysztof Galas proponuje nam szlachetną formę swojej opowieści, oferuje nam łagodność, mądrość i spokojny dryf w krainę odpowiedzi i sensów w tym naszym świecie pełnym dezintegracji oraz samotności. 

I wtedy. Wtedy właśnie. Ogromne wzruszenie nas ogarnia, kiedy czytamy: 

„Moje źrenice zapominają barwy

niebezpieczny świat

poznaję przy pomocy rąk

palce suną łapczywie

po szczegółach kształtów
 

Moje dłonie muszą umieć więcej 

(…) 

Cenię to życie wydrążone ze światła

z każdym dniem mocniej” 

Jaką trzeba mieć siłę, aby to napisać? Kim trzeba być wewnętrznie, aby tak odważnie zadeklarować się wobec tego świata? Warto się nad tym zastanowić … 

Andrzej Walter 

Krzysztof Galas „Modlitwa o błękit”. Związek Literatów Polskich Oddział w Poznaniu. Seria Wydawnicza LIBRA. Poznań 2016. ISBN 978-83-61412-43-4. Stron 48.