Jurata Bogna Serafińska - rozmowa z Andrzejem Dębkowskim: Żyjemy w absurdalnych czasach

Jurata Bogna Serafińska: - Panie Andrzeju - w obecnych czasach trudno jest znaleźć wydawnictwo w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Firmy nazywające się wydawnictwami najczęściej pełnią rolę drukarni produkujących książki na zamówienie i nie interesujących się niczym więcej. Czy ta sytuacja skłoniła Pana do tego by zostać również wydawcą?
Andrzej Dębkowski: - Nie przesadzajmy z tytułowaniem mnie wydawcą. Wydawca, to ktoś, kto prowadzi politykę wydawniczą swojej firmy, dba o poziom swoich produktów, o swoich autorów, wypłacając im godziwe honoraria i - przede wszystkim - ma świetny kolportaż i dużo pieniędzy na reklamę oraz dojścia do środków masowego przekazu. A ja po prostu „produkuję” książki innym autorom, to wszystko. Ja w pewnym momencie mojego pisania miałem dosyć całej tej sytuacji z firmami, które nazywają siebie wydawnictwami. Zresztą co to za wydawnictwa, które żądają od ciebie pieniędzy na wydanie twojej książki, a następnie dostajesz pięćdziesiąt czy sto egzemplarzy dla rodziny, a cały zysk biorą dla siebie? To zwykłe wykorzystywanie. Natomiast ja nikomu nie obiecuję, że będę robił kolportaż, bo nie mam na to ani ochoty, ani środków, a tym bardziej czasu. Jeżeli komuś odpowiada, żebym „wyprodukował” mu profesjonalnie książkę, to proszę bardzo...

Jest Pan pomysłodawcą, twórcą i redaktorem naczelnym „Gazety Kulturalnej”, pisma wydawanego w Zelowie od 1996 roku. Czy łatwo jest obecnie wydawać gazetę literacką?
- Sytuacja w polskiej kulturze - a więc i w literaturze - jest dzisiaj bardzo trudna. Nie mogę się nadziwić, jak wielu „uzdrawiaczy” polskiej kultury próbuje po raz kolejny majstrować przy tym delikatnym organizmie. Najpierw jeden minister chce upowszechniać kulturę przy pomocy bilboardów, następny upolitycznia resort do niebotycznych rozmiarów, dając pieniądze tylko tzw. „swoim”. Członkowie nieprawych organizacji, stowarzyszeń i związków nie mają czego szukać w ministerstwie przy Krakowskim Przedmieściu. Marnowane są miliony na projekty, które tak naprawdę nie mają nic wspólnego z kulturą, więc odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: robienie pisma kulturalnego, a szczególnie literackiego, to w pewnym sensie coś nienormalnego. Niestety, przyszło nam żyć w czasach, kiedy to rządzą nami elektroniczne środki masowego komunikowania. Produkty papierowe schodzą na dalszy plan, coraz częściej stajemy się niewolnikami pilota telewizyjnego, więc jest bardzo trudno. Ludzie potrzebują rozrywki komercyjnej, miałkiej, nijakiej, bez żadnych wartości intelektualnych. „Gazeta Kulturalna”, pismo kulturalno-literackie, które od początku wymyśliłem i stworzyłem jest więc taką odtrutką na to wszystko, co dzieje się dookoła nas.
W jaki sposób dobiera Pan autorów dla swojej gazety? Większość czasopism nie odpowiada w ogóle na listy z utworami początkujących pisarzy i poetów. Czy nieznany autor, który przyśle do Pana swoje utwory ma szanse na to, że zostaną one przeczytane i ocenione?
- Czytam absolutnie wszystko, co przychodzi do redakcji. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś inny decydowałby, co ma iść w następnych numerze pisma. Dzięki temu doskonale orientuję się w sytuacji naszego rynku literackiego - wiem, co kto napisał, jakie są nowości, co warto czytać, a i później publikować. Przez te ponad dwanaście lat nauczyłem się nawet rozpoznawać twórców po ich poetyce, nie muszę widzieć nazwiska autora, żeby poznać czyj to na przykład wiersz. Muszę stwierdzić, że młodzi ludzie, którzy przysyłają swoją twórczość literacką do redakcji z prośbą o analizę lub ocenę swoich wierszy, nie zdają sobie sprawy z tego, że aby wiersz miał pewną wartość trzeba po prostu nad nim pracować. Im wydaje się, że wystarczy zapisać słowa, które najczęściej podobają się ich rówieśnikom. A przecież taki wierszyk, to jeszcze nie poezja. Należy także przede wszystkim bardzo dużo pracować nad samym sobą - czyli ciągle się rozwijać. Stąd też wiele z tych wierszy nie spełnia kryterium drukowalności. Muszę uczciwie powiedzieć, że na łamach „Gazety Kulturalnej” mało jest drukowanych wierszy młodych poetów, ponieważ jest to pismo z założenia elitarne i służy ono przede wszystkim do poszerzania ogólnej wiedzy o literaturze i kulturze. Dlatego inaczej wygląda sprawa z twórcami o ustalonej renomie. Oni zazwyczaj nie schodzą poniżej określonego poziomu, więc z nimi jest mniejszy kłopot, chociaż są bardziej niecierpliwi jeśli chodzi o czekanie na swoją kolej druku. Często nie zdają sobie sprawy z tego, że materiałów do „Gazety Kulturalnej” mam na ponad rok do przodu, a pojemność pisma jest taka, jaka jest. Nie da się zwiększyć liczby stron z dnia na dzień, bo to kosztuje. Poza tym nie o to przecież chodzi, ażeby każdy kolejny numer pisma był objętościowo większy. Przecież czekanie na kolejna publikację powoduje, że kiedy w końcu ukaże się czyjś tekst, przyjemność jest o wiele większa. Na szczęście większość materiałów w „Gazecie Kulturalnej” ma taki charakter, że miesiąc czy dwa nie robią dla większości różnicy...
„Gazeta Kulturalna” ma obecnie wersję papierową i internetową. Od kiedy istnieje wersja internetowa?
- Wersja elektroniczna istnieje od ponad roku. Doszedłem do wniosku, że jeżeli „Gazeta Kulturalna” ma się dalej rozwijać, to trzeba zrobić coś, co spowoduje, że jej odbiór będzie większy, bez znacznego zwiększania środków finansowych. Nadarzyła się taka okazja i trzeba było ją wykorzystać, a ponieważ jestem dość sprawny informatycznie, to nie było żadnego problemu, żeby zrobić również jej wersję internetową. Poza tym Internet ma ogromne możliwości - dzięki niemu wersja elektroniczna pisma posiada działy, których nie ma w wersji poligraficznej. Ale ciekawostką jest to, że wersja internetowa pisma jest w całości w takiej samej formie, jak wersja poligraficzna, więc jeżeli ktoś nie może zdobyć jakiegoś numeru, to może go sobie samemu wydrukować... Muszę powiedzieć, że kiedy ukazały się pierwsze numery pisma, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rozwinie się ona do takich rozmiarów i że będzie miała taki zasięg. Dzisiaj, po dwunastu latach ukazywania się jej na rynku, stała się pismem ogólnopolskim, docierającym także poza granice Polski. Ogólnie mówiąc, nie jest źle...
Wydał Pan zbiór wywiadów z wieloma znanymi pisarzami. Czy byli tacy, którzy odmówili wywiadu, a także tacy, którzy prosili o przeprowadzenie z nimi rozmowy, ale Pan odmówił? Czy może i chce Pan wymienić nazwiska?
- Książkę „Kiedy umiera poeta, umiera świat” pisałem osiem lat. Było w tym trochę przypadku. Kiedy ukazała się moja książka poetycka pt. „Paryż nie jest taki piękny”, nadszedł w moim życiu taki moment, który dosięgnąć może każdego człowieka. W pewnym momencie zabrakło mi po prostu weny twórczej, natchnienia, „promieniowania z kosmosu” – jak mawiał mój przyjaciel, Wilhelm Przeczek – więc znalazłem sobie inny substytut literacki – zająłem się dziennikarstwem, publicystyką. Pisałem szkice krytycznoliterackie, felietony, eseje. Czytałem mnóstwo książek. Tworzyłem dużo takich prac, aż w międzyczasie powróciła moja wena twórcza i mogłem znowu przystąpić do pisania wierszy. Ale wtedy moim życiu nastąpił taki moment, że zacząłem się zajmować obydwoma tymi kierunkami – dziennikarstwem publicystycznym i jednocześnie poezją. Zresztą dzisiaj obie te dziedziny uzupełniają się wzajemnie. Dzięki temu zacząłem się coraz bardziej rozwijać i poszerzać swoją wiedzę. Mnóstwo wtedy podróżowałem, uczestniczyłem w licznych imprezach literackich, poznawałem wielu nowych ludzi, rozmawiałem. Właśnie te wywiady zamieszczałem na łamach „Gazety Kulturalnej”, a po jakimś czasie zrodził się pomysł, żeby zrobić z nich książkę. I tak, po wielu latach, powstała ta książka. Składają się na niego trzydzieści trzy wywiady z pisarzami polskimi i zagranicznymi: m.in. z Ernestem Bryllem, Wiesławem Myśliwskim, Tadeuszem Chróścielewskim, Leszkiem Żulińskim Adamem Ziemianinem, Andrzejem Braunem, Tadeuszem Kwiatkowskim-Cugowem, Markiem Wawrzkiewiczem, Andrzejem K. Waśkiewiczem, Józefem Baranem czy Aarne Puu, Hatifem Janabim, Wilhelmem Przeczkiem czy Kazimierzem Ivosse. Kiedy książka ukazała się wszyscy moi rozmówcy żyli. Niestety, czterech z nich odeszło już na drugą stronę błękitu. Jest to książka historiozoficzna. Mówi ona nie o samej twórczości pisarzy, ale także o ich życiu osobistym, o ich spojrzeniu na gospodarkę i kulturę w Polsce, na życie społeczne w naszym kraju oraz na przemiany, jakie nastąpiły po 1989 roku. Ponieważ książka cieszyła się dużym powodzeniem, postanowiłem napisać drugą część. Mam już do niej przygotowanych kilka rozmów, m.in. z Wojciechem Siemionem - świetnym aktorem, cudownym człowiekiem, autorem książek o interpretacji poezji wybitnych polskich poetów. Jest już gotowy wywiad z Ryszardem Daneckim, a w planach mam jeszcze rozmowy z wieloma innymi poetami, pisarzami i krytykami...
A jeśli chodzi o zainteresowanie nią przez pisarzy? Mogę tylko powiedzieć, że otrzymuję mnóstwo telefonów, a nawet listów z następującą prośbą: - Co mam zrobić, aby znaleźć się w twojej nowej książce? To niesłychanie przyjemne...
Czytałam opinie mówiące o tym, że w swoich felietonach wykazuje Pan rzadko spotykaną u pisarzy odwagę. Czy zgadza się Pan z takim twierdzeniem?
- W każdej twórczości najważniejsza jest prawda, szczególnie w literaturze. Jeśli ktoś tego nie rozumie, nie powinien w ogóle zajmować się tego rodzaju działalnością. A muszę powiedzieć, że znam dziesiątki, jeśli nie setki osób, dla których ważne są tylko: układ, koniunktura, kasa i kiełbasa... Gdybyśmy zajrzeli do ich życiorysów, to nagle okaże się, że przecież nie powinniśmy się wcale dziwić, bo oni zachowywali się tak zawsze. I nie ma tu znaczenia z jakiego obozu politycznego, z jakiej partii, czy z jakiego układu pochodzą. Układ, koniunktura i kasa ma od wieków jeden kolor... A jeśli chodzi o odwagę, o którą pani pyta? To nie jest odwaga, tylko złość, niemożliwość pogodzenia się z tym, że wmawia się nam, że skoro poprzedni system był zbrodniczy i złodziejski (a taki był), to dlaczego obecni „naprawiacze”, strażnicy moralności, jedyni głosiciele prawdy, postępują zupełnie tak samo. Powiedziałbym, że są jeszcze gorsi, bo całą tę swoją ideologią podpierają Matką Boską i Panem Bogiem. To okropne. Nigdy nie należałem do żadnej partii, do żadnego układu, nie kradłem, nikomu nie dawałem łapówek, wszystko, co osiągnąłem w życiu zawdzięczam tylko i wyłącznie sobie, dwadzieścia pięć lat staram się uczciwie pracować, pomagam ludziom, a niektórym nie podoba się to, że należę n.p. do Związku Literatów Polskich, a nie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Nie uważa pani, że to jakiś absurd?... Uważam, że powinni najpierw spojrzeć na siebie.
Na którym miejscu w hierarchii wartości stawia Pan swoją twórczość poetycką? Czy zgadza się Pan z tymi, którzy uważają, że jest Pan przede wszystkim poetą?
- Poezja zawsze była u mnie na pierwszym miejscu, ale muszę pani powiedzieć, że niechętnie mówię o swojej twórczości. Jej ocenę pozostawiam czytelnikom oraz krytykom literackim. Mój dobry przyjaciel - Leszek Żuliński - we wstępie do mojej książki p.t. „Paryż nie jest taki piękny”, w kilku słowach porusza zawarte w niej zagadnienia i problemy, które odnoszą się do całokształtu mojego pisania. Zgadzam się z nimi w całości: „Ta wiedza, którą osiągnął poeta, to świadomość miejsca, jakie zajmuje człowiek w drodze od natury do kultury, w ucieczce do cywilizacji. I świadomość ceny, jaką się za to płaci”.
Jednak dzisiaj, po wielu latach, sam dostrzegam to, że zaczynam robić wszystko, tak jak Czesław Miłosz. Broń Boże, proszę mnie dobrze zrozumieć, nie chcę, żeby mnie porównywano do Miłosza, ale już wiem, że prędzej czy później, pisarz traktujący literaturę poważnie, zajmie się różnymi jej dziedzinami...
W jednej z Pana recenzji znalazłam bardzo interesujące określenie sensu życia, wynikające z pewności bycia „tu i teraz”. Wcześniej pisze Pan - „biegniemy żeby zdążyć na czas, czyli żeby zdążyć przed czasem”. Na jakim etapie swego biegu jest Pana zdaniem ktoś, kto dorósł do takiego sposobu myślenia, kto uświadomił sobie, że tak właśnie odczuwa?
- Myślę, że nikt poważny nie wie, na jakim etapie swojej życiowej drogi obecnie się znajduje. Może tylko marzyć, a marzenie, to nie konkret. Ja ciągle marzę o zrównoważonym szybowaniu na obu skrzydłach - rozumu i emocji. Jednak dzisiaj jest z tym coraz gorzej, ponieważ nie najlepiej postrzegam współczesny świat i coraz częściej widzę go w szarych barwach. Bo z czego tu się cieszyć, kiedy na każdym kroku spotykamy śmierć i zniszczenie, kiedy dookoła nas panuje znieczulica, kiedy nie mamy czasu na to, żeby poświęcić kilka chwil drugiemu człowiekowi. Wydaje mi się, że Stwórca nie tak wyobrażał sobie Swoje dzieło. To człowiek doprowadza do takich sytuacji. Stąd też trudno jest mi pisać o rzeczach przyjemnych...
Pana działalność jest czymś wyjątkowym, jest zaprzeczeniem życia polegającego na mechanicznym wykonywaniu czynności. Jak więc wytłumaczyć następujący fragment przyrównujący nasze życie do robotnicy mrówki?
„Wszyscy jesteśmy jak mrówki.
Po prostu przyjęto nas do wiadomości.
Ten stan skończy się za chwilę, godzinę lub rok,
kiedy nas zadepczą.
Bo w końcu takie jest życie
mrówki”.
Czy naprawdę „wszyscy jesteśmy jak mrówki”? Chyba nie, bo przecież tytuł wiersza brzmi „Wyruszyć ku gwiazdom”. Mrówki nie mają chyba takich marzeń. A może?
- Jedno i drugie wcale nie musi być ze sobą w sprzeczności. Właśnie w tym wierszu piszę, że nie zmierzam wyruszyć ku gwiazdom, i że interesuje mnie człowiek w realnym świecie. W takiej postawie też tkwi polemika z tradycyjnymi pozami liryki. Ale tak naprawdę nie wypieram się tradycyjnej misji poety. Staram się penetrować kosmos istnienia, szukam dla ludzi ocalenia moralnego i losowego, mimo błędów, które popełniają, mimo głupstw, którymi znaczą swoją drogę. Lecz za tym orszakiem ciągnie się raczej cierpienie, a nie grzech. Mam jasną świadomość bytowania ludzi w potopie paradoksów, bezsiły, niespełnień, uprzedmiotowienia. Być może rzeczywiście po prostu „przyjęto nas do wiadomości”, ale rolą poety jest kpić z wyroków losu, budować barykady przeciw nicości. Przecież poeci, którzy tworzyli fundamenty myśli humanistycznej wiedzieli o jednym: nie ma przegranej; człowiek potrafi szyderstwo przeznaczenia zignorować i przeciwstawić mu swój własny świat. Świat wartości, których nie weryfikuje empiria, tylko wola życia i dobra. Ja staram się te prawdy odkrywać...
Dziękuję Panu za rozmowę.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.