Wiersze zagranicznych gości 37. Warszawskiej Jesieni Poezji

Jorgos Anagnostňpulos (Grecja)
Zachęta

Strzeżcie się, patrioci, biczowania wód
niech was prąd nie wyrzuci na wroni brzeg.
Lepsze morze rekina
z niebieską zalęknioną nadzieją
niż pustynia kaktusów śmierci.

Śpiewajcie, patrioci, głośniej, jeszcze głośniej!
przy pochodzie złych duchów.
Lepiej walczyć słowami i pieśniami
niż dudniącym żelazem.

Przełożył Paweł Krupka

Daiva Čepauskaitė (Litwa)
Niedziela

Nic mi się nie udaje.
Tylko mokra kotka
lakierownymi oczami
wodzi za mną
w ślad za wiatrem bezbarwnym
u kresu tygodnia.
Żadnego zapachu –
waleriany, ani ryby,
ani tłuszczu.
Mowiłam, nic dobrego.
Tylko pianki mydlanej
mdła cierpkość, ludzie
dzieci swe domywają.
Najmłodsze z nich
ma sińca na pupie
dobrze mu tak – wycieraj ile chcesz,
nie zetrzesz, nie umyjesz,
taki ładny i forma – jak podkówki.
Dobrze mu tak,
bo głupi
i najmłodszy.
I nic dobrego
z niego nie wyrośnie.
Ma już bardzo artystycznego sińca
na pupie.

Przełożyła Magdalena Mieczkowska

Jewgienij Czigirin (Rosja)
Andrzej Bitow. Z uwag na marginesie

„Ja” poety jest po brzegi wypełnione samowystarczalnością,
godnością, zestawem intonacji.
Wszystko już było. Był akmeizm, imażynizm, futuryzm,
modernizm, postmodernizm, metafora i
metametafora. Wszystko to przełamało się w wierszach
Jewgienija Czigirina. On nie wybierał sobie przeznaczenia.
To ono go wybrało, wybrało miejsce akcji, czas akcji.
I najważniejsze – wybrało duszę poety.

Przełożyła Józefina Inesa Piątkowska

Jin Xuequan (Chiny)
Zimowa noc

Ucisza się powoli mroźny wiatr
a światło księżyca faluje jak ocean
przed moimi oczami

W takie noce, jak ta
pytam
Jak długo będziesz trwała
czy od ostatniego pozdrowienia słońca
aż do nieśmiałych znaków świtu?

Mijają noce i dnie
przychodzą i odchodzą lata i zimy
niepojęte w swym zawsze bliźniaczym
kosmicznym pokrewieństwie

Zimową nocą cicho marzę
a moje marzenia trochę wbrew otoczeniu
mają kolor zieleni
Kiedy stoję sam tuż pod księżycem
raduje się nadzieją moje serce
zawsze tak samo
spokojne

Przełożył Piotr Toboła

Liang Ping (Chiny)
Niewinna sarna

Wisławie Szymborskiej

Napisana sarna biegnie przez napisany las
Biegnie w zupełnej ciszy
Zachowuje dystans do świata
Z dystansem patrzy na świat
Jakby zadawała mu wiele pytań
One to sprawiają że chmury stają się cięższe
A woda w potokach bardziej porywista
Zmuszają nas do odnajdywania na sobie
Brudnych znamion które nosimy od dzieciństwa
I sprawiają że czujemy ból
Własnego istnienia
Sarna jest bardzo czujna
Jej uszom nie umknie najcichszy dźwięk
Brnie przez las jakby wyszukując
Najbardziej ważkich słów
Spogląda na rozkwitające kwiaty
I nagle staje oko w oko z myśliwym
Ale wstrzymuje w locie kulę
Pragnie aby wszystkie konflikty roztapiały się w dialogach
To pulsuje we wszystkich jej wierszach
Posypuje solą własne rany
Aby trwać w nieustannej czujności

Prawie nigdy nie opuszcza swojego lasu
Który jest jej całym światem
W jej wierszach są wszystkie pytania świata
Znajduje najprostsze słowa dla najtrudniejszych spraw
Jest w niej wielka miłość do życia i czasu
Ale trzyma się od nich z daleka
Zawsze krążąc po obrzeżach
A mimo to ciągle jest blisko
Nigdy nie była w Chinach
Ale wierszem Miłość od pierwszego wejrzenia
Wykorzystanym w filmie dla młodzieży
Znalazła drogę do mojego kraju.

W chińskim filmie „Idź w lewo – idź w prawo”, dwoje kochanków recytuje wiersz Wisławy Szymborskiej „Miłość od pierwszego wejrzenia”. Stało się to przyczyną jej wielkiej popularności wśród chińskiej młodzieży.
Przełożył Piotr Toboła

Henryk Mażul (Litwa)
Wileńszczyzna

jakże często
twe kontury na mapie zakreślam
a one
wciąż rysowi oporne
ręka po Jałcie ślepa
inne granice
państwa nowe

oczy ku niebu wznoszę
tam pomocy szukając
gdzie Stwórca
przy chmur żarnach stojący
proroczo nuci
że co na kimś się mełło
na tobie się skrupi

wzrok w ziemię wbijam
tak głęboko sięga
jak na waleta z wiecznością
śpią rodzice
gdzie Olany cmentarne

dość tego
bo pojąć nie mogę
czy to macosza historia mnie
czy to ja
do snu ją tarmoszę
jak krnąbrnego bękarta

i po Polsce
tren słychać

Aleś Paśkiewicz (Białoruś)
Nadzieja

Zapomniałem stu wierszach powiedzieć
to, co dzisiaj zamierzam oznajmić:
zięciem skromnym jam dla Europy,
dla Białorusi – gorzkim pasierbem

Pradziad ziemie koniem zadziwiał
narowistym jak wiatr gwieździsty,
w wiejskim kotle stal ostrej siekiery
spowinowacał z ogniem płonącym.

Iskry ognia – wciąż w moich źrenicach,
a węgielki – w sercu rdzewieją.
Tylko młot się zmęczył i ucichł,
a gdy zasnę – kusi nadzieja:

że się ziemi nie zrzekł i wnuk,
zaorawszy niebiosa bólem
na koni – orle czerwonym
po polu bielutkim przemknę;

że nie wiecznie w piersi Kościeja,
nie pierwszego mnie w niebyt powiodą,
atramentu zaś czarnych nocy
starczy jeszcze
na dziesięć
utworów

Przełożył Marek Wawrzkiewicz

Ugo Piscopo (Włochy)
Eskimos

Tam gdzie słońce nie ma zasłon a słońce
jest plamą rozlaną przez biały
morski zawrót głowa, rozpościera się
Grenlandia. I Eskimos rusza na ryby:
Lecz może rozpływa się w zaślepione jezioro;
a niebo pokrywa się celofanem.
Człowiek jest świeczką z Murano,
Skamieliną światła w czarodziejskim
zwierciadle łodzi, owym skrawkiem
drzewa przyklejonym do wchłaniającego
światła morskiego. Pijana pamięć
wysysa lejem ucho już puste.
Imarrac! Poryw wiatru i rzuca
igłę ku biegunowi białego kompasu.
Ach, niechże się zmarszczy to morze z wapna!
Imarrac, ze szpulki, w oddali
zgrzyta zwinna żyłka, która owija się
miękko wokół nadziei. Imarrac, może,
faluje oddech odbitej fali
na świeżej fali jak na bibule wiatru.
Niechże okryje oko oślepionego jeziora!
Imarrac, niechże pióro oddechu
spłynie w kipiel co wysysa
kości pod zawiasami morza.
Kołysze się wspomnienie na białym strumyku:
to głos syna o zielonych
źrenicach, który właśnie wczoraj został ochrzczony,
i daje ruch zwinnej nici wiatru
i daje echo głosowi życia
i krzyczy na rannych placach.

Przełożył Paweł Krupka

Vladan Stamenković (Serbia - Polska)
Para - nie-para

Oko we łzie
zbyt dużej
by zniknęła
zbyt małej
by była zauważona

Oko w oku
łza we łzie

Ruch kropli
w mrugnięciu spojrzenia
Zbyt krótki
zbyt długi ruch
mrugnięcie

Dwa oka
w dwóch łzach
oślepione

Dwie łzy
bez dwojga oczu
po twarzy

Para oczu
bez pary łez

Nie-para
zapłakanych par

Ričardas Šileika (Litwa)
1944, lipiec

Grynkiszki spaliły się
Rudzie spaliły się
a Montwiliszki nie

Krótkie wspomnienie staruszka mieszkającego przy rozwalającym się kościele

pamiętam jak ksiądz
Brazauskas odprawiał
mszę w tym kościółku
na lewym policzku
miał dużą
brodawkę a kiedy mówił
to ledwo łapał oddech

Przełożyła Alicja Rybałko

Antonina Tymczenko (Ukraina)

* * *
Myśleli, że on wszystkich będzie wiódł,
W milczeniu poszli za nim, całkiem ufnie.
Ich droga się srebrzyła niczym strumień
I zawijała się w łagodny, czysty róg.

On myślał, że to tłum go wiedzie tak
I szedł za nimi, cichy i niewinny.
Wieczorem się znaleźli wśród gór zimnych
O które rozbił się ich długi szlak.

Nie był Mojżeszem, który wiedział, że z nim Bóg.
Był innym kimś, a jego szlak był trwożny.
I pozazdrości, dobrze wiem, nie można.
Lecz można się pomodlić za nich dwóch.

Przełożyła Inesa Józefina Piątkowska

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.