Książka 41. Warszawskiej Jesieni Poezji: Zbigniew Milewski - Zagrabki

Zbigniew Milewski: Zagrabki

Nowy tomik poezji Zbigniewa Milewskiego osnuty jest na przywoływaniu wspomnień i próbie ułożenia ich w zgrabne formy. Bogaty w metafizykę odniesień do dobrze znanych miejsc, ludzi i po wielokroć przeżywanych emocji.
Milewski w Zagrabkach próbuje połączyć kilka płaszczyzn, które wzajemnie przenikają się, uzupełniają, kłócą ze sobą. Sielskie krajobrazy, bezpieczne i błogie, stają się nieoczekiwanie, pod piórem autora, źródłem cierpień i niepokoju, zachęcają do tego, by tonąć w nich, przyzywają syrenim śpiewem, którego nie można zagłuszyć, ale słuchanie go grozi duchową śmiercią, rozrywaniem zabliźnionych ran, odysowym błąkaniem się wśród żywych i zmarłych.

Na szczególną uwagę zasługuje sposób w jaki autor uczynił bohaterką swojej poezji przyrodę. Próżno szukać w wierszach jej metaforycznych opisów. Jawi się ona jako byt niezależny. Nie tylko stanowi tło przeżyć, ale staje się ich źródłem, znakiem rozpoznawczym, kotwicą dla wspomnień, ucieczką i punktem wyjścia zarazem.
Tytuł książki jednoznacznie wskazuje na chęć uporządkowania, posegregowania, nadania nowego znaczenia temu, co wydaje się zgubione po drodze, mało ważne, kruche i zmienne, ale przez to także niezmiernie cenne i ulotne. Próba rozliczenia się z przeszłością, nieubłaganie łączy się z wycieczką do przyszłości. Przyszłość staje się teraźniejszością i archetypowe znaki nabierają realnych kształtów, by po chwili rozpadać sięna niemożliwe do posklejania fragmenty – bytu, drogi, obrazu, szczegółu. Czytając kolejne wiersze czujemy na własnej skórze jak refleksja bogatego w doświadczenia starca rodzi się z młodzieńczych zachwytów, rozterki eksperymentów przeprowadzanych na samym sobie.
Wielowarstwowość tego tomiku, dzięki sprawności warsztatowej poety, pozwala na iluzoryczne poruszanie się po piętrach egzystencji. Czytelnik jest wiedziony od rzeczy przyziemnych, codziennych, oczywistych i konkretnych, do Idei, głębokiej refleksji wynikającej z potknięć, rozterek, dramatów, ale także miłosnych uniesień, kiedy ma się wra-żenie dotknięcia Absolutu.
„Artysta-prawie cygan” szuka uparcie swego miejsca, ale nie znajduje go nigdzie. Nie może rzucić kotwicy, nie może chwycić się zmurszałych korzeni swego bytu. Wędruje więc, zataczając coraz większe kręgi, często spoglądając za siebie i wpatrując się w horyzont – jak każdy z nas.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.