Jan Zdzisław Brudnicki: Osobiste i wspólne (o poezji Piotra Dumina)

Jan Zdzisław Brudnicki

„Poznać doskonałość drzewa / można jedynie małpią czułością / zrozumieć jezioro to pokonać jego obojętność / To co istnieje zajęte jest sobą /... Lecz być naprawdę można tylko obok śmierci...” Wiersz „Puszcza” jest ważnym utworem w twórczości Piotra Dumina, a zapewne też całego pokolenia. Puszcza to symbol, to obraz życia. Spełnia się ona tak jak tu , w miłości, w łagodności, w okrucieństwie. Jest nieustępliwa, spełnia się też bezustannie. Kiedy wchodzi do jej wnętrza człowiek, wnosi myśl, która podziwia i analizuje.

Ale z kolei myśl sama jest na nowo formowana. Jest to największa tajemnica człowieka, tajemnica istnienia, tajemnica głosu, drzewa, zwierzęcia, drapieżnika i ofiary. Po to właśnie jest poeta, żeby dostrzec rozległość i głębię świata, a człowieka pośród natury. „Kim jest poeta, a bardziej ogólne artysta?” – pyta autor. – Właśnie „kimś, kto nie pozwala się zniewolić, stłamsić, narzucić sobie tego jednego widzenia, Nie pozwala się zamknąć w tej jednej perspektywie, przekracza to widzenie rzeczywistości, które zawsze okazuje się przejściowe i wcześniej czy później musi się zmienić”. 1./ A w innym miejscu tekstu dopowiada – że twórca wyjątkowy dociera do rzeczy najważniejszych i ujmuje je najbardziej osobiście, a nawet w formie dialogu z sobą samym.
Nie da się jednak wyjaśnić tych antynomii, tajemnic i paradoksów poezji Piotra Dumina bez umieszczenia jego dorobku na tle strategii literackich i stylów czasów, w jakich pisał. Tak więc, jako powojenny rocznik 44, debiutował późno, bo dopiero w 1986 wydał zbiór wierszy „Spełnienie doliny”. Czasu wszakże nie marnował, był inżynierem konstruktorem, redagował gazetę zakładową „Mikroelektronik”, redagował w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej i „Antenie”. Zawarł znajomości, a potem też przyjaźnie z poetami pokolenia Współczesności, a potem jeszcze bliższe z Forum Orientacji Poetyckiej Hybrydy. Owe spóźnione wobec Hybrydowców debiuty nazywało się Pokoleniem lat 70. W literaturze i nie tylko wytworzył się wówczas ferment. Skończyła się misja rozliczeniowa pokolenia Współczesności. Turpizm Stanisława Grochowiaka i skandale Ireneusza Iredyńskiego przestały zadawalać. Młodsi następcy polemizowali z nimi ostro, argumentowali, ze ich starsi koledzy już tylko walczą o posady, że ich „próby wspólnoty”, jak określił to Bogusław Sławomir Kunda, nie udały się, że generacja kształconych po wojnie, wyrosłych w pokoju musi na nowo zagospodarować codzienność. Również Forum , formalnie powstałe z grona przyjaciół w 66 r., spotkało się z gwałtowną polemiką. Wielki rozgłos zdobył sobie z tego grona Edward Stachura. Ale zarzucano mu, że rozprasza „ja” poetyckie na franciszkańską miłość do świata i hasłem „wszystko jest poezja” wyklucza poezję i poetę ze wspólnoty. Krzysztof Mętrak podniósł fazę ogromnych możliwości kształcenia się i modernizacji myślenia poprzez wchłanianie kultury literackiej Zachodu i nie tylko. Nie starcza jednak ani wspólności – twierdził – ani środków, żeby zagospodarować nowe prądy.
Orientacja broniła się: pierwsi usiłujemy odejść od martyrologii, zadanie odbudowy w konkretnych warunkach świadomości narodowej nie jest łatwe, stworzenie nowego języka, to stworzenie nowej rzeczywistości, w tych ramach należy podnieść sztukę wiersza, nie możemy zapominać o uniwersaliach... Ale nowe grupy, takie jak poznańskie „Próby” od 1964, krakowska grupa „Studenta” i „Teraz” od 1968, już wysunęły program nieufności, a pod hasłami lingwizmu i demaskowania skostniałej propagandy – podjęły się zabiegu demaskowania języka gazety i przekaźników elektronicznych. Wreszcie totalny bunt i demonstracja nienawiści do świata Rafała Wojaczka – doprowadziła kontestację poetycką, cyganeryjną tak zwanej Nowej Fali do skrajnego buntu w każdym sensie.
Spotyka się sądy, że wiele programów, demonstracji i stylów miało swoje źródła w buntach i niepokojach pokolenia hippisowskiego na Zachodzie. Na różnych polach twórczości i życia osobistego generacja ta sprzeciwaiała się kulturze mieszczańskiej, „białych kołnierzyków”, zaborczym wojnom, drapieżnemu rynkowi. Nowa etyka i estetyka była poszukiwaniem gorącej wspólnoty, nowej wrażliwości, wyobraźni. Odwoływała się do podświadomości. Wzorcami poezji zastanej była twórczość Tymoteusza Karpowicza, skrajnie eksperymentalna i Mirona Białoszewskiego posługująca się nowym językiem zlepionym z potocznej mowy.
Piotr Dumin nie podjął żadnego zbiorowego stylu. Z cytatów, dedykacji i wywiadów dowaiadujemy się, że fascynował go barok Grochowiaka i synteza stylów Zbigniewa Jerzyny. Jego poezji towarzyszy przez cały czas namysł, zamysł kompozycyjny i starania o zwięzłość wypowiedzi. Odwołuje się do zdarzenia, postaci, lub obrazu po to by dalej wstrzelić się refleksją, pointą czy paradoksem. Ideałem jest dlań jednorazowe olśniewające odkrycie i indywidualna rewelacja. W skrajnym przypadku wiersz jest zbliżony do aforyzmu poetyckiego, złotej myśli, maksymy, sentencji. To, podobnie jak u Mariana Grześczaka, dystans wobec bezprzedmiotowej estetyki. Podobnie jak u Jerzyny, po części pragnie poeta wyjść poza słowo do „podproża słowa”. Naczelną ideą tej twórczości jest przekonanie, że poezja nie może być pusta, że musi mieć swój przedmiot i swój podmiot, nawet gdyby była wyrafinowana estetycznie. Stąd próba poszerzenia obserwacji i wzmocnienia niejako podmiotu wiersza.
Widać to też w drugim tomie z roku 2004 „Polu naprzeciw”, że realia wierszy wyświetlają w szczególny sposób utwory, które można nazwać balladami, ze względu na dłuższy, epicki, korzenny charakter. Osadzone są częściowo w małej ojczyźnie, Dolinie Kamiennej, Górach Świetokrzyskich, okolicy Czernika. Szczególnie żarliwe są wspomnienia matki. To wędrowanie po puszczach, po lessowych chełmach, w pyle pustych dróg strzeżonych przez świątki, ku kulturze odpustów. W skrajnych przypadkach przybierają one formę gadki lub przypowieści, gdzie „okolica dzieciństwa”, „Pradolina rzeki Kamiennej”, Święty Krzyż, jako miejsce misji i nawrócenia, miasto napastowane Sandomierz – urastają niemal do rozmiarów krain bibilijnych. Szuka się ich, wraca się do nich bez nadziei odszukania ich pierwotnego kształtu, miary życia i śmierci. Szczególnie przejmująca jest balllada o domu rodzinnym, gdzie indziej spointowana, że w końcu nasz dom jest w nas samych, „w nas mieszka”. Nie unika poeta realiów historycznych, żeby w „Powstaniu Warszawskim” zastanowić się na ile i jak można wznowić dramatyczne dzieje i tak zupełnie unicestwionych ludzi.
Podmiot wiersza, ten kto opowiada i wyraża jest rozdarty. Brzemienny słowem lecz bezsilny. Pytający o naturę świata w istocie niepojętą. Rozmawiający z Bogiem a nie słyszany przez najbliższych. W nawiazaniu do Stanisława Grochowiaka „Ostrzeliwany białym słowem” i „przebijający się przez zasieki formy”. Lgnący do życia i boleśnie przeżywający nieautentyczność istnienia.
Nasz „prezenter” raz wypowiada się jako „ja”, raz jako „my”. Pragnie się określić, ale też dyskutować, reprezentować. W tym celu szuka wyrazu, raz w wiklinowym koszyku /metafora Staffa/ prostoty, innym razem w języku natchnienia, miłości, albo magii pozwalającej zrozumieć język przedmiotów. Wznawia co zmarłe, łączy co porwane, w tym sensie daje do zrozumienia, że „mylimy życie ze śmiercią”. Swoim życiem karmimy życie dawnych epok. Za wszelką cenę szukamy „dopełnienia” / to słowo kluczowe /, zwłaszcza w miłości, w łagodności i okrucieństwie. Historia jest pełna okrucieństw, niemal nimi dyszy jak drapieżne zwierzę. Parę miejsc w tym tomie zbliza się do realizmu programu „tu i teraz” Nowej Fali.
Istotny w tych wierszach egzystencjalnych jest motyw miłości i żywiołu kobiecego. Wiadomo, pierwiastek męski we wzorcu poezji Grochowiakowskiej – to rycerskość, żywioł skały, pancerza, ziemi. To wreszcie forma, jako możliwość i konieczność. Kobiecość – to żywioł wody migotliwej, ruchliwej, rozbieganej. To kraina snu. To krajobraz doliny. „Wiją się włosy / myśli i słowa kobiety / - Rozpuszczam ja w spojrzeniu / ale powstaje i wije się wokół mnie / uważna / mam być jej snu zdobyczą.” Kobieta upragniona i groźna jak chimera. Ale wszechobecna bogini niedostępna: „Naga / na balkonie pragnie / krajobrazu”. Zniewala, zwodzi, wabi cielesnościa, ale jest zagrożeniem poprzez odtrącenie, poprzez warunki jakie stawia, przez kult blichtru. W niej spełnia się idea bytu i ideał zwierzęcia. Jest zapomnieniem i pułapką. To zaiste autonomiczna część liryki Piotra Dumina.
Pozostańmy przy tym, bo filozofia słowa i obraz cywilizacji urbanistycznej i wirtualnej przedłużyłyby nadmiernie to wprowadzenie. Zakończmy wypowiedź aforyzmem. „Jesteśmy tym, co chcemy ukryć”, a nasz czas to „pobojowisko nadziei”.

Piotr Dumin „Poezje wybrane”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2011, s.140, portr.
Książka została wydana w cenionej przez poetów i czytelników serii „Biblioteka Poetów” LSW.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.