Andrzej Gnarowski: Intymne zapiski Anny Andrych

Intymne zapiski Anny Andrych zawarte w tomiku „Zanim wypłynie świt”, pisane są ręką (i duszą) kobiety skazanej niekiedy na szorstki uścisk mężczyzny. Na jego „usta / które nie chciały mnie całować / zawsze się spieszyły” – więc kobieta, nawet gdy go lubi, a jeszcze bardziej, gdy go znosi bez przyjemności (nie potrafi objąć innego cielesnego łupu poza własnym ciałem). Mnóstwo kobiet bywa niezdolnych do prawdziwej miłości właśnie dlatego, że nigdy o sobie nie potrafi zapomnieć! Tak się składa, że kobieta oczekuje hołdów i uznania ze strony mężczyzn, oczekuje od nich racji życia, potwierdzenia własnej wartości, a nawet samego istnienia.

Wiersze Anny Andrych mają „niepowtarzalny klimat” i „Trochę nostalgiczny, chwilami buntowniczy” (Jurkowski). Mój uczony kolega nie wspomniał, że jest to bunt mający na celu „ocalenie” w miłości, we wspólnym rozumieniu i porozumieniu ludzi, w dążeniu, mimo wszystko naprzód. Bo kiedy miłość będzie mocniejsza niż pożądanie, działanie, które będzie prawdziwe i słuszne wyzwoli nas od przeszłości i przyszłości. Bo „wszystko jest zawsze teraz”:
Amsterdam jak Arkadia
i fatamorgana
mity
ulegają personifikacji –
czerwień na wargach kobiet
wodzi na pokuszenie
– mierzę się z dumą
potem ból stygnie
Może właśnie dlatego relacja pomiędzy poezją a miłością – to jest nie tylko relacja pomiędzy dwoma rodzajami języka – także relacja pomiędzy doskonałością świata słyszalnego a ogółem świata widzialnego. Istotą tej poezji jest docieranie do prawdy, która powinna być przeciw jej mistyfikacjom, prawda, która jest zawsze prawdą o życiu (w tym przypadku „życiopisaniu”). W poetyckim świecie autorki oczekującej „wypłynięcia świtu” istnieje zgoda na przemijanie (również na odradzanie się) na ludzką ciekawość (stąd mamy liczne przykłady świata widzianego z perspektywy ludzi wykonujących prace (o których się mówi, że żadna praca nie hańbi), a jednak (pomimo upokorzeń) „zarabiam na życie” sprzątając cudzy dom, dom „na wysoki połysk”, kioskarki „Ruchu”, dozorczyni zamiatającej „z chodnika resztki nocnej biesiady”, malarki z Amsterdamu i aktorki „z drugiego planu”. A więc to wszystko, co należy do życia. U każdego poety następuje taki moment – kiedy chwyta w sidła realny świat aktu twórczego, który jest niczym innym, jak właśnie teraźniejszością. To jedyny sposób zatrzymania czasu – twórczo zarejestrować jego zmianę, nowatorstwem odpowiedzieć na nieustanne wyzwanie przeistaczającej się rzeczywistości. Trzeba się jeszcze liczyć z działaniem czasu i jego nowym obliczem. Poeta musi znaleźć język do nowego czasu – który może wejść w praktykę ludzkiego życia (służąc nam będzie jednocześnie obiektem badań i eksperymentów). Poezja jako rzeczywistość – podlegająca przemianom jakim musiała się poddać w świecie ją otaczającym. Sądzę, że o to w poezji chodzi, żebyśmy potrafili trafiać do sfer, gdzie wokół tekstu krąży ukryte, przez poetę zaledwie zaznaczone „znaczenie”. Chociaż w dzisiejszym świecie nie da się niczego ukryć i nie ma takiej potrzeby niczego ukrywać – najbardziej nieprzenikliwa jest szczerość wyznaje poetka w liście do Stanisławy:
parter zapełnił się niepokornymi
rozmawiają nieraz w nieludzkim języku
– rycerze zdegradowani
czasem stoją w kolejkach
po zasiłek rekompensatę
za stracone złudzenia
nocą w płytkim śnie liczą
banknoty za sumienną służbę
po przebudzeniu gorzko rozlewają piwo
które im los nawarzył
Wzorem dla poetki ze Zduńskiej Woli jest twórczość amerykańskiej eremitki Emily Dickinson („Krótki list Emily Dickinson” i „Emily Dickinson do Cypriana K. Norwida”), która jakby posiadła urodę świata, której nigdy nie zaznała, i promienny los, który nigdy nie stał się jej udziałem. Wyobraźmy sobie namiętność płonącą przy spokojnym „ogniu muzyki” albo poezji, które z nieprzebranych głębi tryskają ku światłu. W jakim celu to czynią? Może w podobnym jak to czynią historycy, którzy ze skwapliwością twierdzą, że każda epoka ma swoje prawo, swoje warunki, żeby móc przygotować obronę na rozprawie, która kiedyś zajmie się naszą epoką. Tylko w jaki sposób świat widzialny zamienić w świat odczuwalny, a tym samym zstąpić w głąb, do wnętrza i odszukać swoją utraconą duszę? Ze wszystkich stron słyszymy dochodzące odgłosy, jak z koszmarnego snu. Świat stał się zagadką szczególnego rodzaju. Liryka Anny Andrych jest składnikiem rzeczywistości (tej nieuchwytnej, przemijającej), ale trwającej jeszcze długo po zamknięciu książki. Jest ze świata, w którym wszystko może być realne i wszystko nierealne, ze świata, w którym wszystko może się zdarzyć:
poranek
przy wspólnym stole
obnaża to co w nas robaczywe
choć czasem zawiść
i niedorzeczność
chowają się po kątach
ze wstydu
Za sprawą słów rozumiemy wyraźnie to, co się na naszych oczach wydarzyło. Myślę, o cielesności wyrazów, o zdumiewającej obfitości pełnych znaczenia słów. Cóż, niechaj sami czytelnicy ocenią.

Anna Andrych, „Zanim wypłynie świt...”. LIBRA – Związek Literatów Polskich, Poznań 2008.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.