Andrzej Wołosewicz: On, Faust?

Powiem szczerze, że się przestraszyłem i się trochę boję o Żulińskiego. Ledwie co, bo jesienią minionego roku wypuścił na rynek „Chandrę” (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń) a już mamy kolejny tomik, „Ja, Faust” (Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2008). Jak to się mówi, lepsze jest wrogiem dobrego. „Chandra” była dobra, bardzo dobra a „Ja, Faust” wcale jej nie ustępuje, ba, zdaniem autora – bo znam je – jest lepszy! Moja opinia jest taka: może „Ja, Faust” jest i lepszy, ale „Chandra” czytelniczo ciekawsza, bardziej inspirująca; chociaż mogą to być różnice jak między dobrymi winami – nie w tym, jakie są, (bo dobre), lecz do czego się pije. Sprawdźmy zatem.

Jeśli „Ja, Faust” jest lepszy od „Chandry”, a „Chandra” bardzo dobra, to jak teraz będzie? Nie mamy wszak stosownego powiedzenia na coś lepszego od lepszego; pomijam zwykłe zabiegi językowe polegające na dopisywaniu: jeszcze lepszy i jeszcze itd. Zwykłe zabiegi językowe to jest to, co Żulilński wierszami zawartymi w „Ja, Faust” wyłączył! Jak to zrobił? Nie wiem, ale to zrobił. Żuliński po prostu w y ł ą c z y ł j ę z y k z gry poetyckiej z czytelnikiem. Zostawił tylko treść. Tu jest tylko treść, przekaz określonej duchowości. To wrzucenie czytelnika od razu w treść budzi recenzencki niepokój - to kolejny powód lęku o Żulińskiego – bo im się lepiej czyta, tym się ciężej pisze. Zatem nasze przywiązanie do treści, płynne wejście w rytm oddechu narzuconego przez poetę, może być świadectwem kłębowiska trzewi i myśli, które autorowi zabierało oddech między wersami, między słowami, doprowadzając go na skraj wyczerpania, na krawędź przepaści Jak powiedziałem – Żuliński wyłączył język z gry, bo tu nie ma żadnej gry. Podejrzewam, że autor pisał te wiersze w natchnieniu, ekstazie – nie w języku! Owszem, natchnienie zdarza się każdemu, jednak najczęściej dotyczy ono wersu, frazy, zbitki językowej, wokół których doskonale nawet - przy odpowiedniej wprawie i doświadczeniu – szyjemy cały wiersz. I wszystko jest w porządku. Tutaj, u Żulińskiego, ów twórczy błysk czy ekstaza obejmuje c a ł e w i e r s z e. To działa na czytelnika (na mnie) w ten sposób, że zrobiłem coś, co rzadko (przyznaję) robię: zacząłem czytać wiersze na głos, bo czytając „po cichu” miałem poczucie, jakbym coś tracił, musiałem swoją lekturę uzupełnić o głos, o dźwięk.
Ten początek quasi-recenzji wyglądający na ocenę, podsumowanie, nie jest czymś takim ani na jotę: piszę go po 3 (słownie: trzech) pierwszych wierszach! To jest cholernie ważne – Żuliński wepchnął mnie, wrzucił w treść, dlatego – sądzę/podejrzewam – nie będzie w moim tekście nic o języku poetyckim. Co więc będzie? Zobaczymy. Czytam dalej, a Ty, Czytelniku spójrz tymczasem na trzy wiersze, którymi się zachwyciłem. Na „Moją Małgorzatę”:
Małgorzata wiążąca sandał,
Małgorzata z Willendorfu,
Małgorzata z Milo,
Małgorzata z Samotraki,
Małgorzata z Lammermoor,
Małgorzata z Wichrowych Wzgórz,
Małgorzata z Antiochii, Cortony i Nawarry,
Małgorzata z Troi,
Małgorzata czesząca włosy,
Małgorzata z Wilka,
Małgorzata z Sadowej i Rabatu...
Małgorzata,
kwintesencja,
mit.
na „Bajkę o czarnym kruku, duszy Fausta i uratowanej Małgosi”:
Czy widzisz ten cień straszny nad lasem z legendy,
Niepokój starych dębów, popłoch wśród wiewiórek –
To śmierć, rycerz i diabeł fruną w końskie pędy,
Sam Durer biegnie za nimi, unosząc w ramionach
Dziecię płaczące cicho nie z głodu, lecz z trwogi;
Wreter pomyka chyłkiem, Brunhilda zlękniona
i Nibelungów woje i germańskie bogi,
bowiem powiało śmiercią, odorem starości,
gdy cień skrzydła rozpostarł, gdy las się poruszył,
gdy to czarne kruczydło wleciało w swe włości
podobne kropka w kropkę do Faustowej duszy.
Snuj się szwabska legendo, Mozelą i Renem,
Szwarcwaldem i Tyrolem, całłą Brandenburgią,
tylko moje Małgosi w skałę mi nie przemień,
tylko mi jej nie zatruj teutońską liturgią
i wreszcie na „Moje dorzecza”:
Przeze mnie płynie rzeka Faust,
do której nie śpieszy się wejść Heraklit.
Heraklit nie ma złudzeń:
kto nie łowi chwili,
nie złowi minionej ryby
klęski.
Przeze mnie płynie rzeka Styks,
Charon z ironią kiwa na mnie palcem,
ale usta zagryza;
gdyby je otworzył,
pokazałaby się Wielka Pirania
Losu.
Przeze mnie płynie rzeka Lilpopo,
czysta abstrakcja powodu i sensu;
to słowo w języku tubylców
znaczy tyle, co ferdydurke
w języku
Polaków.
Przeze mnie płynie rzeka Wisła
spienionej krwi,
mozolnie wspina się
meandrami pod górę,
przez deltę ust wysącza się ciemną
strużką...
W niedorzeczności mych dorzeczy
nic już nie płynie, tylko skrzeczy.
Czy nie są one o tym, o czym najlepiej Pisza sam Żuliński we frazie wiersza „Elijana” (s.14): „On patrzy na nią przez szpary w żaluzjach marzenia”? Te niespełnienia, ale przecież bez spełnieniowych aspiracji. Szpary w żaluzjach marzenia wytyczają dalszy bieg wypadków, kiedy jednak podmiot liryczny będzie coraz śmielej te żaluzje rozsuwał. I nie tylko je. Te (z)budowane cielesnością Małgorzaty także, chociaż zawsze będziemy trzymani na dystans wyznaczany delikatnością wiersza, jakby autor wiedział, nawet odsłaniając dużo, gdzie jest granica nieprzekraczalnego, co pozwala – przynajmniej dla mnie – zostawić nieliterackie domniemania i skupić się na artystycznej kreacji wiersza. Wtedy nawet te, które mniej mi się podobają („Wierszyk o zazdrosnym czajniku” s.24, czy Punkt G” s. 25), bo są zamknięte między nim a nią, między autorem/poetą/Faustem a Małgorzatą, choć nigdy zamknięte do końca (patrz; „Pępek Małgorzaty” s.26, „Propozycja” s.27, „Kosmyk” s.29). A ta ich nigdy-nie-zamkniętość bywa poetycko cudowna, bo Małgorzata jest Wszystkimi Kobietami Świata zamieszkującymi kulturę i literaturę kiedyś, przed wiekami i dziś (przecież „pępek Małgorzaty jest/ pępkiem świata!”, s.26), ba, zamieszkującymi nawet kosmos (patrz przywołany wiersz „Kosmyk”).
Mamy u Żulińskiego bardzo ciekawie skonfrontowane dwa – nie mam lepszego sformułowania pod ręką – kierunki poznawcze. Autor mówi: poznałem wiele a teraz poznałem Małgorzatę i ona jest t y m w s z y t k i m. To, że Małgorzata jest/może być rzeką, postacią z Durera odwiedzającą go wraz z autorem, podmiotem krzyczącym na jego sztychach, omamem czy koloraturą Luisy Tetrazzini, nie jest literackim wymysłem, sztuczną konstrukcją czy twórczą bufonadą – ja czuję w tym mięso dosłowności, ja czuję w tym prawdę, powiem więcej: najprawdziwszą prawdę. Dokładnie tak jak u Stanisława Mickiewicza (Cata), gdy ten pisze: „Dwie rzeczy w Rosji można postawić obok siebie, nie tylko jako klasę twórczego geniuszu, ale jako dzieła podobne, duchowo pokrewne: to „Bracia Karamazow” i słynną cerkiew, sobór Pokrowski, czyli tak zwanego Wasilia Błażennawo (...) W ogóle budynek cerkiewny Wanilia Błażennawo i powieść Dostojewskiego „Bracia Karamazow” są to dwie rzeczy tak fantastycznie do siebie podobne, że z łatwością można się pomylić i jedno wziąć za drugie i odwrotnie.” („Dostojewski”, Wydawnictwo PULS Publications LTD. S. 198) To samo u Żulińskiego, gdy bierzemy jezioro Como za Małgorzatę, kiedy je (w cudzysłowie) „mylimy” ze sobą lub kiedy w Małgorzacie, jej pępku czy kosmyku dotykamy (tak, dotykamy!) kosmosu, nieważkości. Zatem jeden kierunek to owo autorskie „wszystko, co poznałem, okazało się Małgorzatą” a drugi kierunek poznawczy, to nasz, czytelniczy, odbiorczy. Czytelnik nie zna Małgorzaty, tej Małgorzaty z krwi i kości, której dosłowności nie są w stanie zakryć najwyższe nawet poetycko-literackie uniesienia autora, czytelnik jest zdany poznawczo na inny kierunek: od Małgorzaty ku tej feerii kulturowych barw, faktów, zakotwiczeń, którymi wiersze Żulińskiego aż ociekają, jak najlepsza golonka tłuszczem. Z tym tłuszczem na golonce wiąże się druga podwójność omawianych wierszy z „Ja, Fausta” (w końcu Faust sam w sobie jest podwójny jako ktoś odzyskujący dawno minioną młodość). Idzie mi o to, że przez owo nagromadzenie didaskaliów kulturowych wydaje się u Żulińskiego wszystko być „ma wierzchu”, dosłownie przed nami, przez co łatwo wpaść w banalność odczytań w stylu: autor znakomicie porusza się w kulturze, doskonale do niej nawiązuje i wplata ją w poetycką osnowę swoich wierszy itd., jednym, słowem jest humanistą pełną gębą pokazującym nam bogactwo i głębię kultury. Wszystko „na wierzchu”, stąd moje kulinarne skojarzenie z tłuszczem. Jednak cała ta multikulturowość wierszy w „Ja, Fauście” nie jest ani tłem, ani punktem odniesienia, ani chwaleniem się erudycją, ona jest jak awers i rewers, jak dwie strony kartki, gdy tymczasem owe powierzchniowe odczytania wierszy zawsze sugerują możliwą wymienialność kulturowych didaskaliów, jak dekoracji sztuce wystawianej raz w jednej raz w drugiej scenografii. U Żulińskiego możliwości takiej wymienialności nie ma, bo te wiersze nie są konstrukcyjnie „luźne”, wszystko w nich jest sprzężone. Mówiąc inaczej – przy tak dużej ilości poetyckich didaskaliów, poetom ze średnim warsztatem wiersze takie dawno by się rozpadły, nie miałyby żadnego smaku, gdy u Leszka jest jak w najlepszym bigosie: bardzo dużo składników a smak jeden acz bogaty. A bogaty smak w poezji jest nie do przecenienia. Ale o tym przekonajcie się już Państwo sami.
Na koniec jeszcze jedna sprawa. „Ja, Faust” będzie zapewne interpretowany jako wyzwanie, próba zmierzenia się z legendą, także z legendą literatury. Powiem tak, owszem, uważam to za możliwe, dopuszczalne i być może dla wielu ciekawe. Ja wolę jednak patrzeć na faustyczność u Żulińskiego jak na Eros i Tanatos kierujące naszym życiem, bo erotyzm jest niezbywalny, w nim nasze korzenie i częste radości życia a śmierci najnormalniej się boję i jestem nią zafascynowany. Ne patrzę na Erosa i Tanatosa dlatego, że Freud to podniósł do odpowiedniej rangi (choć o tym pamiętam). Tak i tu, u Żulińskiego „Ja, Faust” ociera się o genialność nie ze względu na to, co się kryje za „Faust” w tytule, lecz dzięki temu, co się w tytule kryje za „Ja”! Piszę o tym, ponieważ znam, już słyszałem z ust Nie Byle Kogo, że Żuliński przeholował z Faustem, że to wyraz pychy – cytuję z prywatnej korespondencji: „Jeśli się przywołuje jakiś wzorzec osobowy, jakiś personalizowany klucz interpretacyjny, to z całym dobrodziejstwem inwentarza! Faust po Goethem uchodzi za postać wybitną trzeba zachować proporcje. Faust nie tylko się kochał w młodej kobiecie, on zniszczył to cacko z dziurką, a w tych wierszach on jest pokrzywdzony(...)” Chce się do tego odnieść. Najlepiej fragmentem z „Ja, Faust”: „Poezja jest krasomówstwem duszy,/ jej trznadle i czyżyki przysiadają na ustach tych,/ którym w gardle uwiązł krzyk zachwytu, krzyk bólu,/ którzy zobaczyli to, czego nie można opowiedzieć/ (a jednak uwierzyli, że można)” (wiersz „Faust myśli o poezji, myśli o kobiecie” s. 43) i „Nie, Małgorzato,/ za wiele ode mnie żądasz,/ umiem opowiedzieć tylko czas,/ który mknie jak Heraklitowa rzeka/ i w którym można łowić majaki, w żadnym razie realia.” („Prośba Małgorzaty”, s. 45).I jeszcze jest mi potrzebny Husserl: „Filozofami nie stajemy się dzięki filozofiom (...) Impuls do badań powinien pochodzić od rzeczy i problemów, problemów nie od (historycznych) postaci filozofii”. Przenosząc to na grunt literacki: Żuliński wychodzi właśnie od „rzeczy” i „problemów”, problemów nie odnajduje porządek pisanych wierszy dopiero po zapośredniczeniu w określonym motywie kulturowym, literackim. Ani na jotę też nie dostrzegam też psychologicznego wątku pokrzywdzenia: podmiot liryczny w „Ja, Faust” za dużo wie, aby mieć złudzenia, i jeżeli im ulega, to wyłącznie w porządku autorskiej taktyki, bo w porządku prawdy poetyckiej absolutnie nie, tu dominuje raczej smutek, gorzka zgoda a nie krzywda. Zatem raczej jestem skłonny czytać Żulińskiego tak, że to „rzeczy” i „problemy” sprawiły wulkaniczną erupcję poezji, a nie podążanie z Faustem. Żuliński nie mierzy się z Faustem, tym bardziej z literackim Faustem, Faust jako literatura jest – wtedy, gdy jest nam serwowany, tzn. raczej w wieku Małgorzaty niż Fausta – rodzajem mało przekonującej zabawy, dokładnie tak, jak z Twardowskim: jakiś starzec/dorosły (kto to jest dla pokolenia Małgorzaty?) gra z diabłem/Mefistem o coś; wygra? przegra? zremisuje? – nie ważne, albo ważne tak samo jak inne gry, dokładnie jak gry. Sztuczność, dojmująca sztuczność, wszechogarniająca sztuczność. Ale kiedy darujemy sobie literackość i jej wszelkie słabości, kiedy dopadnie nas archetyp Fausta – w sensie wieku – jest naszym t e r a z, wtedy dopiero zaczyna się prawdziwa literatura. Wymyślić można wszystko, ale do pewnych tematów trzeba dojrzeć, dojrzewać latami, latami, dla których czas jest glebą i nawozem, nawozem naturalnym, który musi dojrzeć w cyklu pokarmowym, nie sztucznym nawozem, który można wyprodukować (i to zdaje się dość szybko). Bez tego dojrzewania wiersze Żulińskiego trąciłyby sztucznością na kilometr, a tak sztucznością trącą zarzuty, że „przegiął”, bo się poważył. Nic z tych rzeczy! Dojrzał, w wymiarze egzystencjalnym zapewne gorzko i boleśnie, w wymiarze literackim – spójrzmy na „Wiersz, który boli” (s.46):
Między Faustem a Małgorzatą
wiersze zaczynały się tam,
gdzie kończyła się rozmowa.
Brały na siebie słowa, które nie przechodzą przez gardło,
których się boimy lub które nie przychodzą do głowy.
Gdy już ustanie chcą się otworzyć,
wtedy otwiera się wiersz;
on udźwignie każde słowo,
ubierze je we wszystko, co nie mieści się w gardle,
czym krztusimy się na samą myśl;
wiersz umie też lepiej kłamać,
a przyciśnięty do muru wykpi się fikcją.
Ale nieupilnowany – zdradzi,
wyśpiewa wszystko jak z nut, doniesie,
obnaży.
Kiedyś Faust przyłapał w takim momencie Małgorzatę:
stała w świetle swego wiersza naga, nagusieńka,
przed zupełnie innym mężczyzną,
to wtedy zaczęło go prześladować skrzydło kraski,
cała piękniejsza część stała się tylko domysłem
lepszą częścią kikuta, bardziej odciętą niż on sam...
Pomiędzy jednym a drugim
pozostał nienapisany przez Fausta wiersz,
który go boli.
Jeżeli ja/Czytelnik jestem archeologiem wiersza, bo próbuję w nim grzebać, dokopywać się jego drugich warstw i znaczeń, patrzeć nań jak na palimpsest, to najpierw trafiam na kształt i wrażenie pierwszego czytania, które – jeśli mnie zatrzymuje – inspiruje mnie i przymusza do dalszych poszukiwań rodząc pytania o jak? po co? dlaczego? Jak u Żulińskiego oscyluje wokół dojrzałej klasyczności, przez którą rozumiem PROSTOTĘ: poeta tak mocno wie, co chce przekazać, że nie ucieka się do miliona udziwnień, zakręconych metafor, którymi źli autorzy cerują dziury warsztatu i myślenia. Od strony archeologa/Czytelnika w ogóle nie widać wysiłku twórczego, bólu zmagania się ze słowem – wysiłek, ból i zmaganie zostały przeniesione w treść i sens przekazu. Dlatego, jeśli komukolwiek tytuł całości „Ja, Faust” będzie przeszkadzał, bo wyda się uzurpacją, brakiem pokory czy bufonadą, niech jeszcze raz przeczyta „Wiersz, który boli”. Jaśniejszej, klarowniejszej instrukcji odpowiadającej na pytania po co?/dlaczego?/i skąd? powstał tomik być już nie może. Jeszcze raz podkreślam: autorska świadomość tchnąca z każdego słowa wierszy zawartych w „Ja, Fauście” jest hiper- czy nadświadomością, ponieważ powiedzieć o niej, że Żuliński wie/wiedział, co chce powiedzieć/napisać, to powiedzieć za mało, bo w tych wierszach widać nie tylko samą myśl, widać też jakby ta myśl się pociła. Tak, Czytelniku, tu myśl, myśl często erotycznie gorąca, oblewa się zimnym potem i jeszcze się sobie przygląda i nie może się z siebie otrząsnąć ani wytrzeć wierszem jak ręcznikiem, bo wycierając zdziera z siebie skórę, do krwi, do bólu, do znieczulenia, do nicości....Dlatego PROSTOTA, o której wspomniałem, to jest prostota języka, którego nie widać, który – jak w naszej codzienności, w zwyczajnym użyciu – niczego nie zasłania, bo jest traktowany poważnie, bo nie bawimy się nim. My nim oddychamy, kochamy, zadajemy ciosy. I tak właśnie dzieje się w „Ja, Fauście”, choć przecież Czytelnik/archeolog z łatwością dogrzebie się do – jak to w klasyczności bywa – używania przez autora c a ł e j k u l t u r y z jej napięciami i tradycją wpisanymi w każdy przekaz, używania pokazującego, że Żuliński czuje się tu swobodnie, bo jest u siebie. Dlatego nie dajcie się zwieść PROSTOCIE, ona wynika z długiej drogi dojrzewania do tego, by mówić za Rilkem: „(...) nauczyłem się prostoty, długom się uczył i z trudem, że w końcu wszystko jest zwyczajne, i dojrzewałem do tego, by mówić o rzeczach prostych.” (R. M. Rilke, Lou Andreas-Salome „Listy”, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1986, s.226) Ba, Rilke i rzeczy proste! Tak więc Żuliński na pytanie dlaczego Faust? powinien odpowiadać przytaczając dialog z „Czarnego obelisku” Remarque’a: „Co powiem przełożonej, gdy mnie tak zobaczy? Izabela śmieje się. – Nic – odpowiada. – Dlaczego musisz zawsze coś mówić? Nie bądź taki tchórzliwy.” Niech się tłumaczą tchórzliwi, ci, co zadają pytania. Żuliński może ich spokojnie odesłać do jednego z wierszy kończących tomik, do wiersza „Wino i krew”:
Z mojego pióra kapie krew
ciemna
jak badeńskie wino;
weź kroplę na koniuszek palca
posmakuj;
krew?
ale przecież też uderza do głowy,
rozsadza skronie,
rozrywa aortę;
zostanie samo pióro,
którym podpisałem cyrograf,
wbij mi je w piersi
jak drewniany kołek:
kruk?
to ulatująca dusza Mefista,
czarna
jak gawra w dębowym lesie,
jak wiersze pisane krwią.
Zatem na własne recenzenckie pytanie on, Faust? odpowiadam:
„Ja, Faust”
ty, Faust
On, Faust!

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.