Andrzej Wołosewicz: Gąsiorowski? To on jeszcze żyje?

Krzysztof Gąsiorowski

Poeta losu. Poeta z jednej strony gorzkiego dystansu do wszystkiego, co zna, przeżył, przetrawił, w wiersze przekuł a z drugiej strony poeta całkowitego braku dystansu, bo jego słowa oblepiają moją czytelniczą skórę, zaklejają jej pory, muszę się z nimi uporać, abym mógł oddychać. Dlatego też uważam się za ostatniego z obiektywnych w rzetelnym, polonistycznym sensie. Tylko co to mnie obchodzi? Ja muszę oddychać, dlatego wolno mi nawet igrać z tytułem, który czytając słyszę: „być może, bez-sen(s?)” choć przecież wiersz użyczający tytułu całości brzmi: „Być morze; bez-sen”. Mam wrażenie, jakby Gąsiorowski pisał go już zza grobu (oczywiście niech nam żyje jak najdłużej), bo jego wiersze są pisane „do tyłu” nie do przodu.

Spójrzmy na pasus z „Jadąc do Pragi” (s.54): „takie jest życie./ podobno je miewałem, ono mnie też.” czy „O, bogowie, to ja? To tak wyglądasz,/ Mój trupie w oczach dziewcząt?” z wiersza „Łyżwiarze” (s.62) albo na puentę wiersza dedykowanego Zbyszkowi Jerzynie (s. 71) „Nie ma mnie/ i w tym miejscu, gdzie jestem.”. Nie ma w nich śladu obciążenia przyszłością. Gąsiorowski zdaje się mówić: przyszłość już była. Zobaczmy najbardziej jasny i świetlisty wiersz „Kleksy” (s.70):
Nie pisz wierszy, to
zajmuje za dużo życia.
Stary jesteś. Nie starczy
Ci tego? Nie ma cię już tam
za zakrętem.
Na spacerze,
wspinasz się na siebie. Niby
ściekasz, a jak pod górę.
Niby wciąż naprzód,
a wstecz. Im szybciej, tym wolniej.
Im wolnej, tym szybciej.
I nie wymachuj tak tą białą
Laską z atramentem, i tak
wszędzie pełno tu
kleksów, które już ledwo żyją.
Może dlatego, że przyszłość już była, Gąsiorowski może sobie pozwolić na tytuł „być morze; bez-sen”, taki tytuł, który wyraźnie coś niesie, który bardziej jest ciężarem niż zagadką. Niech nas dopadnie - miast krytyczno-literackiego słowa o pisaniu zza grobu – dosłowność samego słowa:
Być morze, bez-sen
Motto (z dawnego wiersza):
Ujrzałem świat beze mnie
Ewa nie mogła
tego wiedzieć, chociaż
leżała obok i przy mnie
Lecz ja wtedy minionej nocy naprawdę
byłem po
tamtej stronie już Tam
W zaświecie
Morze nie po
raz pierwszy bo
być może to co
tam widziałem już wcześniej
wyczytałem u Kubina
Kto wie Być morze bo
to nie był sen lecz bez-sen
i chodziło po tym moim bez-śnie
ja moje po
zaznanych miejscach
domu rodzinnym, parku, pewnej
plaży... Tyle rze,
rozpadło się to Wszystko znikało
odrzeczywistaniło
jakby rzeczywiście Coś przestawało
mnie śnić
Romek Karaś uważa że
za dużo palę i piję Tak
czy owak i wspak
w tym bez-śnie
umierałem i to szybciej niż zwykle
byłem umarłym tego jestem
pewien Chociaż Ewa
leżąca wtedy obok
i przy mnie wciąż mi nie wieży
ponieważ nie ostygłem
Otwierający całość wiersz „Brudnopis”, to taki brudno-pis z życia, bo czyż całe ono nie jest brudnopisem? Tylko brudnopisy są autentyczne? „Być morze...”... Gąsiorowski szuka zakorzenienia w sensach, które zawsze dają przynajmniej namiastkę oparcia. Dlatego nigdy nie był poetą-gadżeciarzem, którego przedmioty własnej liryki obłapiają, opanowują dając poczucie bezpiecznego miejsca, stwarzając punkty oparcia w przestrzeni poetyckiej. Gąsiorowski - mam takie uczucie, którego ani umiem ani potrafię uzasadnić – zawsze jakby pisze od nowa. Od nowa!, ale to przecież nie debiutant, któremu zawsze wolno startować po raz wtóry, nabierać poetyckiego rozpędu następnym tomikiem, teraz już – od pewnego czasu - wiersze Gąsiorowskiego to wiersze przed odejściem. Ta autorska świadomość jest widoczna w każdym wersie i, co cenniejsze, nie daje odetchnąć także czytelnikowi (patrz wiersze „To prawda”, s.19, „Tyle, że”, s.23). Ale dzieje się w nich coś znacznie ważniejszego. Z powodu owej odautorskiej perspektywy, którą nazywam „przed odejściem” - jeśli prawdziwa jest recenzencka konstatacja, że przyszłość już była - Gąsiorowski odzyskuje swobodę dyskursu, jakiej dawno nie miał: nie ma obowiązku wobec czegokolwiek lub kogokolwiek, pozostaje w pełni wolności tematycznej. Oczywiście nie znaczy to, że pewne tematy, pewne problemy nie przytłaczają go bardziej niż inne, ale to nie one są –jak to wcześniej bywało – alter ego poety. One stanowią jedynie środek-wehikuł, dzięki któremu Gąsiorowski wędruje w sfery gdzie staje nagi wobec równie nagiego Bytu. Bytu, podkreślmy to, który sam nakreślił swoją poetycką drogą. Powiedzmy mocniej: który sam wyrąbał dotychczasową swoją twórczością. Tak, wyrąbał sobie poetycki szlak do Bytu. Niewielu takich. Bo to tylko się tak nam w łatwych recenzjach wydaje, że przecież Byt jest, że wystarczy chcieć się nim zająć, popracować trochę z filozoficznym słownikiem, z filozoficznymi lekturami i już pójdzie. Nic nie pójdzie, nawet, gdy przesycimy swoje poetyckie wersy całą historią filozofii, nazwiskami, historią pojęć koniecznie Pisanych Dużymi Literami. Gąsiorowski nie musi tego robić, on załatwia sprawę frazami takimi jak „Tak, odpowiedziałem milcząc. Tak, powtórzyłem, wieje, prawie słychać łopot i chichot.” („*** Wieje...”, s.14), „Co się rozstrzyga pomiędzy/ Człowiekiem a kwiatami?” („Kwiaty”, s.63), czy tą o deszczu, który „ogląda nas swymi,/ niezliczonymi oczami (jak w wizjach/ schizofrenika), i docieka grobów” („Stormy weather”, s.8), które jeszcze lepiej brzmią w całości wierszy, w których występują niż w wyrywkowej ich prezentacji.
Powiedzieć trzeba o jeszcze jednej rzeczy, która, według mnie, ma fundamentalne znaczenie. Mówiłem już, że Gąsiorowski nie jest poetą gadżeciarzem. On nie maluje obrazów, nawet skomplikowanych, nie układa poetyckich puzzli o duszy, społeczeństwie czy świecie w zaskakujące widoki. Gasiorowski swoje obrazy, bo poezja w jakimś stopniu zawsze pozostaje obrazowaniem, rozgryza. Dlatego nie musi konstruować (potrafi to robić niepowtarzalnie, choćby w „Yyell – ballady i romanse SF”), bawić się w hiperrealistę, wystarczy mu sygnał, pretekst, ślad jedynie, który pozwala na poetycką podróż w głąb, który wystarcza, by zacząć rozbiórkę najprostszej nawet sytuacji, jak remontu mieszkania (w wierszu „Remont”, s. 72) i ujrzeć „w wielkim wysokim lustrze,/ opartym o ścianę, przegląda się, zaskoczone,/ okno, uchylone na ogród z wierzchołkami/ topoli oraz niebem powieszonym za nogi/ głową do dołu, z przeciągłymi oczami między/ drzewami.// Przez lustro co chwila przelatują ptaki./ Kiedy spoglądam w okno, tam ich nie ma.”. Nie ma? Właśnie! W wierszach Gąsiorowskiego więcej widać, niż w rzeczywistości, o której traktują. (Czyż to nie sama istota poezji, kiedy autor rozszerza nasze pole mentalnego widzenia. Widać nawet to, czego nie ma za oknem. I nie idzie tylko ostrość spostrzegania, idzie o coś więcej, o kreatywność poetyckiego wzroku autora „Być morze; bez-snu” i o ciągłe jego niesamowitości ontologiczno-egzystencjalne, owe ptaki, które widać tylko w lustrze odbijającym okno, za którym tych ptaków nie ma! Byt tu nie tylko się, do czego w lustrach jesteśmy przyzwyczajeni, nie podwaja, on niejako „połowicznieje”, jeśli to, co odbijane i jego odbicie potraktujemy jako ścisłą ontologiczną całość. Byt, który w wierszu „Remont” pokazuje drugą stronę lęku, jeśli za pierwszą uznamy znaną z literackich opisów sytuację, gdy w lustrze nie pojawia się odbicie tego, co przed nim (ponoć tak możemy rozpoznawać duchy). Gąsiorowski dorzuca swoją niebanalną obserwację/konstatację do odwiecznej metafizyki luster, pamiętamy wszak, że zasłania się je w domu pogrzebowym...
Zobaczmy jeszcze tekst autotematyczny, bo o tym, co napisane i o tym, jak i co tkwi w napisanym – wiersz „W co trzeba” (s.18):
W co trzeba by
Uwierzyć, aby nie wpadać
W histerię
Wchodząc
Do biblioteki?
Paczki papieru, a w każdej
Tkwi, i to zapewne
W pozycji łonowej
Jakiś człowiek,
Który przeważnie już od
Dawna nie żyje, chociaż
Wciąż zdaje się ruszać.
Być może zresztą, niekiedy,
Na chwilę, rzeczywiście
Wskrzeszamy go, czytając te
Jego wybroczyny,
Śliniąc kartki tej paczki
Palcami i oczyma.
Ale czy on to wie?
Czy one czują, że je zlizujemy?
Nie oceniam całego tomiku, nie muszę, w wypadku Gąsiorowskiego mam ten komfort – sam go sobie „wyrecenzowałem” - że mogę mówić o wierszach, tych lub tamtych a nie ich zestawieniu. Tym bardziej, że niektóre powtarzają się tzn. wróciły z wcześniejszych zestawów, choćby „Eurydyka” i „A tak mówiąc poważnie” z tegorocznego znakomitego tomiku „Rdzowłosa i inne pijaństwa” (Wydawnictwo ASTRA, Łódź 2007), a także dlatego, że musiałbym konfrontować wiersze środkowej części (ss. 30-53), które mniej na mnie działają i musiałbym szukać klucza ich autorskiego zestawienia (Ewa?). A dla tego, co chcę powiedzieć, nie jest to najważniejsze.
Pierwotnie recenzję niniejszą zatytułowałem „czy można pisać po śmierci” i tak do końca nie jestem gotów z tego tytułu zrezygnować. Czy więc można pisać po śmierci? Można, ale nie każdy może. Krzysztof Gąsiorowski będąc po siedemdziesiątce może jak najbardziej, choć zdrowie ma – by tak rzec - jeszcze starsze. W przeciwieństwie do tych, co są w kwiecie wieku, piszą dużo, namiętnie, jakby nie zauważyli swojej literackiej śmierci. Takich żywych trupów literackich pełno, ot, choćby... Nie, to już jest rozmowa na inny tekst. Ten chcę zakończyć jednym z plejady więcej niż dobrych wierszy tomiku „Być morze; bez-sen”, myślę o „Stormy weather”, wierszu dość długim, ale wartym przytoczenia w całości, bo ma w sobie właściwie wszystko, co chciałbym o omawianych wierszach powiedzieć. Ten wiersz realizuje – tak teraz pomyślałem –moje marzenie recenzenckie, aby autorzy dawali nam wśród swoich wierszy takie, które mogłyby zastąpić samą recenzję. I mówię to bez cienia przekory. Zatem zostawiam Cię, Czytelniku, sam na sam z Gąsiorowskim:
1.
Parno. Jaskółka,
raz po raz, w zakolach, nisko
nad ziemią–sierp, w niewidzialnej
ręce...., coraz ciemniej...
I znowu; po samej krawędzi
mroku; czarny diament, rozcina
szkło powietrza:
szczeliny
błyskawic (korzenie gwiazd?),
w ich brzasku twoja twarz –
naga, z całym zmęczeniem...
2.
Parno. Jaskółki
i błyskawice. Wzajemne cienie.
W uroczystej, haftowanej masce
burzy nadciąga wieczór
i wieczność.
Czas zwalnia, kłębi,
chmurzy. Zjawia się wiatr, ślepy
jeszcze, obmacuje
domy, drzewa, nasze ciała...;
szuka –
zwierciadła.
(wiatr, jego kształt
twojego ciała; dotyk
łopoce jak chorągiew...)
3.
W życiu, gdzie nie ma miejsca
i czasu na życie,
wśród wyludniających
łaknień, wśród zaludniających
cierpień,
jak zaczepienie kotwicy,
jest ta chwila Nikogo. Wzywa nas
głos gromu: „jestem,
bo jestem”. Trwaj
chwilo!
4.
A wtedy nadbiega deszcz, tłumy
Deszczu,
i ogląda nas swymi,
niezliczonymi oczami (jak w wizjach
schizofrenika), i docieka grobów,
gdzie niesyci świata czekają umarli...;
koło Karmy domyka się,
żywi i umarli i cała reszta
we wnętrzu wspólnego deszczu;
znikają
w podziemiach przeszłości.
5.
Lelek – zakonnik, niemowa
wpada między domy z betonu, między
przyszłe
ruiny, i wymachując czarnymi,
rękawkami resztki po burzy gasi;
koniec.
Z ciągnącej się poza nim,
jak swąd i kopeć, smugi niemalże
widzianej ciszy wydobywa się
wrzawa świata,
i trwoni nas – we wszystkich,
wewnętrznych i zewnętrznych wymiarach;
i sprzecznościach...
Dobranoc, piękne panie;
dobranoc, drodzy panowie, przedstawienie
skończone, dobranoc. Sny
dosiadają nocnych koni.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.