Henryk Pustkowski: Refleksje o poezji Krzysztofa Gąsiorowskiego

Krzysztof Gąsiorowski

Po latach kulturowego czyśćca tudzież uporczywego wymazywania go z pamięci literackiej powrócił na ziemię [do góry?] Krzysztof Gąsiorowski. W owym piekle literackim sczerniał, wychudł, ale dziwnie wyszlachetniał. To temat na pierwszą opowieść.
Wracał przecież i przedtem, z każdym wydanym tomikiem [bowiem „rękopisy nie płoną”], tomikiem interesującym, acz na ogół przemilczanym przez „oficjalny” – dobrze widziany obieg literacki. Dlaczego? To już temat na drugą opowieść. W 2003 roku powrócił w sposób zaskakujący. Opublikował „Ballady i romanse SF”. Sam tytuł jest zamierzoną literacką prowokacją, bowiem przywołuje sugestywnie sytuację szkicowaną swego czasu przez Karola Irzykowskiego: oto do salonu literackiego, w którym pomieszczono 500 Mickiewiczów, wchodzi wyklinany i ośmieszany Ludwik Osiński a trzyma w ręku niewielką książeczkę - „Ballady i romanse” właśnie. To jego książka, to powtórny debiut. Ten wątek, tę trzecią opowieść podejmiemy i poszerzymy.

„Ballady i romanse SF” zapowiadały się niejako wcześniej w niektórych tekstach takich tomów jak „Z punktu widzenia UFO” [1986], „Powrót Atlantów” [1992], „Gorgona matka bogów” [1992], w końcu z cyklu „Pasterz kryształów” pomieszczonego w tomiku „Biedne dwunożne mgły” [2001] . Na „powierzchni” wiersza określała tę inność tematyka – ewokowanie nowej, fantazmatycznej „realności”, rezygnowanie z tak charakterystycznej dla wcześniejszych tomików definiującej frazy poetyckiej, wyraźniejsze nacechowania ironiczne czy też autoironiczne dość jednorodnego [wcześniej] poetyckiego dyskursu. Ujmowane „głębinowo” [ale czy mam rację?] intencje poety można by odczytać jako fundowanie nowej poetyki poprzez Bloomowską „apophrades” [powrót zmarłych] w tradycji romantycznej i modernistycznej. „Współczesność” pokoleniowa [lata 60] polegała na przewadze „tessery” [współdziałaniu i dopełnianiu programowym], potem literacki czas „wyszedł z miary” i dla całego pokolenia lat 60tych spychanego do podziemia kulturowego bezsensowne mogły się wydać wszelkie próby „wywalczenia się” z poetyk, które opanowały rynek literacki. Dialog zostaje zerwany. Demonizacja, kenosis i askesis [dalej „mówię Bloomem”] w sposób naturalny określające kiedyś walki pokoleniowe zostają odrzucone. Zamiast sytuować się wobec „dobrych młodych poetów” Krzysztof Gąsiorowski ponawia aprobatę dla Wielkich Dzielnych Poetów. Nie przestaje przecież być „poetą kultury”, ale coraz częściej porzuca tratwy semantyczne pozwalające mu kiedyś na bezpieczniejsze wyprawy ratunkowe. Z takich potrzeb budowania własnych fantazmatów rodzą się też „Ballady i romanse SF”. Owo SF [Science Fiction] w tytule rozbudziło moją genologiczną czujność. Wprowadzona gatunkowa cecha różnicująca mieści się doskonale [choć zapewne nie było to świadomym zamiarem Autora] w znanej taksonomii Tzvetana Todorova [zawierzcie staremu uniwersyteckiemu belfrowi – i dziś jeszcze przydatnej]. Jak pamiętamy, Todorov proponuje opisanie gatunku „fantastyki” na zasadzie uwikłania jej w przylegle kategorie „niesamowitości” i „cudowności”. Tak oto powstaje znana strukturalna „skala” – czysta niesamowitość – niesamowita fantastyka – cudowna fantastyka – czysta cudowność. Na tej skali „rzeczywiste” i „wyobrażeniowe” nie wykluczają się, raczej modyfikują –przechodząc od pierwszego do ostatniego na jej [sc.skali] wektora. To wielce interesujące poetyckie wyzwanie: w zawłaszczonej przez fantasy współczesnej kompetencji literackiej, w spotteryzowanym świecie literackim ponowić balladę, która ongiś była poetyckim nośnikiem niesamowitości i cudowności: por. romantyzm, modernizm [Leśmian]. Krzysztof Gąsiorowski – znakomity eseista i najlepszy komentator własnych wierszy expresis verbis taki zamiar we wstępie do tomiku tłumaczy: Byt jest relatywistyczny, czyli jakoś zależny od obserwatora. Nadszedł czas, aby zająć się sobą w Kosmosie. Kim tam JA dla siebie jestem? Oto jest pytanie. Co ja tam, gdzieś, kiedyś, w innym czasie, w innej przestrzeni, w innej fizyce, tak naprawdę czuję. Ta samowiedza nie przychodzi sama. Jest jak w życiu. Siebie samego musimy wynaleźć. Do tego właśnie służyła i służy poezja. W ślad za podejrzeniami, hipotezami, sondami... powinniśmy wysłać poezję w Kosmos” [Yyell, s. 7]
Gdybyśmy teraz z denerwującą pedanterią poszukiwali elementów SF w tomiku Krzysztofa Gąsiorowskiego, to przede wszystkim zwrócilibyśmy uwagę na teksty, w których „fantastyczna” i cudownościowa jest sama nauka [fizyka]. A „że jest – przekonują nas uczeni z Princeton [Nowa Gnoza] i wszelkie aporie najnowszej fizyki. Poeta znakomicie te aporie „pozbierał” i przywołał w wierszu „Fizyka”[s.24] Anegdotyczny już kocur Schrődingera, który może być w tej samej chwili martwy i żywy [bowiem w tej samej chwili jakiś kawnt otwiera i zamyka pojemnik z zatrutym mlekiem] jest może najbardziej znanym i błyskotliwym paradoksem. Gąsiorowski pięknie ten paradoks „oswaja”: jeśli nie pocałujesz, nidgy nie wiesz, co będzie [s.24]. Kilka takich świetnych [jak to poeta nazywa] „wolnych przekładów na życie” znajdziemy w tomiku. [Strzegące chaosu świata, Rozmowa], ale przecież nie te przeważają. Już bez nużących akademickich wyliczeń, prób ustalenia, co tu jest z fantasy, co z Gnozy, co z Literatury chciałem posmakować dwu tekstów [małe eksplikacyjne próby]. Oczywiście – najbardziej zaintrygował mnie tytułowy Yyell. Sensy sugerowane - procedowane na etapie „oswajania tekstu” prowadziły w stronę pra-mitologii, jakichś mocy chtonicznych dopełnianych w męskim i żeńskim [jak w Yang oraz Yin]. Istnieją wszakże encyklopedie i leksykony bogów i postaci mitologicznych. Yyella w nich nie znalazłem. Najbliższy fonicznie Yetl – jest znanym poazteckim bogiem – tricsterem – krukiem, który z mgły stwarza świat i ludzi. Oczywiście fałszywy to trop. Szukam „Kado” – jest, ale też nie pasuje. Polinezyjski tricster [pośrednik między boskim i ludzkim] nie mieści się spójnie w tych kontekstach. Może to z mitologii Dogonów – Kado bowiem, to znana figura hermafrodytycznego bóstwa, właściwie pramatki – stworzycielki świata. Tu już jesteśmy bliżsi „miłosnej modlitwy Yyella”. Ale przecież to bóstwo [gad, krokodyl, wąż smok?], który „wypełzł z żyznego morza”, owo TO [„A może tak naprawdę ów Yyell – to właśnie Ty” – pisze na koniec Gąsiorowski] ma także literackie precedensy. Przypomnijmy: „Wyszło z boru ślepawe, zjesienniałe, zmroczne”. Piękne to wyzwanie dla krytyki, aby niektóre przynajmniej ballady Gąsiorowskiego czytać palimpsestowo [znaleźć ukrytego Leśmiana]. Tak bym też interpretował EL. Jak dziewczyna w „Gadzie”, jak dziewczyna [a zarazem gnostyczna Anima Mundi ] w „Stroju” roz-kochana przez „stu płanetników” [archontów], tak owa El jest i nie jest dziewczyną. Bowiem jest także Semele [„Kochali się, a on szeptał: EL , wytrwaj nie możesz mnie oglądać przez tyle miesięcy, ile trwa ludzka ciąża” [s.22] ale także samym EL – najwyższym sumeryjskim bóstwem – panem ognia i piorunów [znajdziemy go w ELochim – judaistycznym wyobrażeniu Boga bogów]. Tu boskie spełnia się w ziemskim i kobiecym [jak Szechina – iskra z Korony – w błotnym ludzkim Malkhut]. Taka piętrowa semantyka poświadczająca niekwestionowaną erudycję Krzysztofa Gąsiorowskiego nie utrudnia przecież lektury tomiku. Można go czytać powierzchniowo i podziwiać poetycką inwencję oraz fantazmaty przez nią zrodzone. Można jednak pozyskać dodatkową „odbiorczą gratyfikację” i zabawić się w archeologa – poszukiwacza ukrytych mitologicznych pokładów tej poezji.
Zawsze będziemy wszakże pamiętali o tytule . „Ballady i romanse SF” zapowiadają coś nowego, coś innego w polskiej poezji współczesnej. Może przy okazji nową „chytrość Rozumu”?
Nadinterpretacje
W moim życiu zawodowym [dydaktyka, krytyka literacka] bardzo często prezentuję interpretację literacką będącą finalnym efektów wszystkich poprzedzających ją czynności badawczych bądź oceniających tekst literacki. Mam w tym [mogę to pisać bez fałszywej skromności] pewną wprawę i parę osiągnięć wielce mnie pocieszających [np. „rozszyfrowanie” kilku tzw. nieczytelnych wierszy Mirona Białoszewskiego]. Ale przecież trafiają się też wpadki, albo sprawy [jak w śledztwie] nie do końca wyjaśnione. Z taką niedokończoną „sprawą” ostatnio walczę, żyję i wielce ją przeżywam. Przykre to dla mnie tym bardziej, że cała rzecz dotyczy tomiku mego przyjaciela a znakomitego poety Krzysztofa Gąsiorowskiego, tomiku zatytułowanego „Yyell, ballady i romanse SF”. Z tomikiem, jego sensami, jego oceną, określeniem wartości i miejsca we współczesnym życiu poetyckim z grubsza sobie poradziłem. Zaintrygował mnie wszakże ów tytułowy Yyell. W fantazmatycznym świecie tej ballady jest to nie do końca określony jakiś wąż, smok, gad zmęczony oczekiwaniem na aprobatę [a zarazem sytuację modliszkowatą, bowiem na pożarcie] przez okrutną Kado. Oczywiście mogłem poprzestać na konkluzji, ze przywołano tu jakieś bóstwa chtoniczne [wyłonione z ziemi lub wody], bóstwa najstarsze, często już zapomniane, bytujące jedynie w jakiejś archeologii mitologicznej. I tu sobie pomyślałem – przekopię się przez słowniki symboli, leksykony bogów i bóstw i złapię tego Yyela w siatkę semantycznych splotów. Nic z tego.
Z najdoskonalszej Elektronicznej Encyklopedii Mitologicznej mogłem jedynie przywołać najbliższego „fonetycznie” Yetla. Ale to przecież poaztecki bóg – trickster, wielki kruk, który z mgły i oparów ulepił świat i pierwszych ludzi. Nie tędy droga. A zatem pozostaje Kado. Jest taki bóg w mitologii polinezyjskiej, ale to bóg pomniejszy, wspomagający ludzi, będący pośrednikiem między nimi a wielkim Mansarą [tak jak w mitologii greckiej Hermes]. I taki bożek z tzw mitologii cargo nie mógłby przecież być przedmiotem miłosnej modlitwy naszego Yyella. Zostaje jeszcze mitologia Dogonów. Tu Kado jest znana. To – co prawda hermafrodytyczna istota – ale traktowana jako pramatka bytów. Interpretacja jest wszakże niespójna, bo chtoniczny Yyell byłby jednak „z innego świata” czy raczej „praświata”. Wsadziłem swoją zawodową dumę do kieszeni i zadzwoniłem do Krzysztofa z pytaniem, skąd tego Yyella wytrzasnął. Odpowiedź była prosta – „wymyśliłem go sobie”. Przecież we wstępie do tomiku pisze – „być może Yyell – to ty”. To nasza podświadoma głębia, nasza archetypalna „smoczość”, brzydota gotowa na ofiarę [pożarcie, oddanie kobiecie], aby poprzez ten akt wypięknieć. No proszę – jakie to proste i jakie fantastyczne zarazem.
A piszę o tym wszystkim, bowiem może się zdarzyć, że któryś [któraś] z Miłych Czytelników [Czytelniczek] kupi lub dostanie ten tomik. Niech się nie zastanawia, kto to jest Yyell, niech nie powtarza mojej błędnej drogi nadinterpretacji.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.