Andrzej Tchórzewski: Niedziela nie oszczędza nikogo

Spa, drugi po Sztuce czytania tom wiersz Miłosza Kamila Manasterskiego, to najprawdopodobniej najkrótszy tytuł współczesnej poezji polskiej. Nazwa belgijskiego kurortu, która już dawno temu, prawie we wszystkich językach Europy, stała się synonimem miejscowości letniskowej, posiadającej źródła wód mineralnych i... liczne gromady kuracjuszy, tu podlega powtórnej metaforyzacji. Zazwyczaj w kurortach widzimy lekkość, obcych, rozbawienie. Rzadziej dostrzegamy tubylców, funkcjonujących przecież na trochę innych zasadach. Łapiemy klimat, pomijamy problemy. W Spa Manasterskiego jest ów klimat lekkiego, niezobowiązującego kontaktu. Najczęściej budowany ironią, świetnie spuentowany. Ale spoza odświętności otium wyziera szara, trochę zmęczona twarz codzienności. Taki surrealistyczny kontrapunkt. Bo przecież, „niedziela zwykła/ nie będzie nikogo oszczędzać”, nawet młodzieży wracającej z dyskoteki, młodzieży, która „ w sklepie spożywczym” szybciej dochodzi do dorosłości.

Żart, dowcip, trafna obserwacja i rekwizyty codzienności to składniki tej poezji, której główną zaletą jest nie tylko klimat, ale również prostota. W wierszach Manasterskiego nie ma niczego wydumanego, żadnych wielkich odwołań filozoficznych, diagnoz, prób pytań o charakter rzeczywistości. Pozornie, zupełnie jak w piosence: „życie jest takie, jakie jest”. Jednak nagromadzenie tych niekiedy zaskakująco trafnych obserwacji, zupełnie nienachalnie podsuwa nam pytanie o prawdziwą naturę gigantycznego Kurortu. Czy to, aby nie dansing na tonącym „Titanicu”?
Bohaterowie liryczni duszą się przecież „wśród karłowatych domów/ nie sięgających nawet... ambicji właścicieli; przechodniów nawiedza „niejasne wspomnienie/ Robina z Sherwood” Miasteczko Manasterskiego tak trafnie podchwycone w swej zbiorowości, nie wywołuje w poecie uczucia buntu, autor nie chce powtarzać za Bursą: „w dupie mam małe miasteczka” i przeciwko takiemu radykalizmowi zdecydowanie oponuje (s. 37). Bohaterowie jego wierszy po prostu akceptują to, co im przynosi życie. Jednak podstawowy składnik tej poezji, którym jest ironia, zawsze oznacza pewien dystans, czasami niezgodę. Wszystko zależy od rodzaju ironii. Jeśli nie jest ona zbyt zgryźliwa podkreśla tylko niezwykłość wykreowanego świata, czyni go bardziej strawnym, może nawet upoetycznionym. Pozornie nadzwyczajne zjawiska, również te o groźnych przejawach („Mgła”, s. 17); gdy dzieci nie trafiają do szkoły, a „przestępcy rozpływają się/ na ulicy”, w końcu zostają sprowadzone do rutyny czy rytuału: „kontrola w ratuszu/ jak zwykle/ nic nie wykaże”.
Siłą Manasterskiego jest obserwacja codzienności, zgoda ze stanem rzeczywistym. Jeśli wypada gorzka, jak w wierszu „kryzys w branży kawalerów” (s.14) czy „trudno powiedzieć Spasiba”, to przecież należy do faktów, z którymi się nie dyskutuje. Spa cechuje nie tylko prosta niewyszukana topika, ale również wielka powściągliwość słowa. Ma to duże znaczenie, gdy wielu młodych stara się epatować histerią, wulgarnością. Krzykiem, buntem. Tu, konsekwentnie autor trzyma się przybosiowej zasady „najmniej słów”, ale klimat tych wierszy nie jest konstruktywistyczny, eliptyczny, stawiający na śmiałość metafory. Kraina poety to harasymowiczowski „kraj łagodności”, tyle, że pozbawiony aury baśniowości czy kontakt z naturą.
Miasto-kurot Turystów Codzienności stanowi naturalnie poetycką kreację, chociaż takie teksty, jak „Łowicz Przedmieście” (s. 15) kierują czytelnika pod zupełnie konkretny adres. Jednak stolica polskiej folklorystyki różni się od lirycznego „spa”, a kraj łagodności ujawnia swoje nieuchronne oblicze; śmierć.
Sielsko ironiczny tom zamykają dwa „groźne” wiersze: „Postindustrial” (s. 46) i „Na wieczność”. Pierwszy o degradacji socjologicznej - drugi o nieuchronnej, „metafizycznej”. To dobry prognostyk dla krytyka, gdyż nie pozwala mu na żadne etykietki. Z drugiego tomu wierszy trudno byłoby wnioskować, w jakim kierunku potoczy się dalsza twórczość poetycka najmłodszego dziś członka Związku Literatów Polskich.
Wypada dodać, że autor Spa umie się posługiwać wolnym wierszem i doskonale rozumie, że nie jest to wiersz dowolny. Rozczłonkowanie fraz jest prawie nienaganne i gdyby nie sporadyczne przypadki rozziewu (np. „nie będzie nikogo oszczędzać”, s. 41) można by mówić o znacznej biegłości warsztatowej poety.

Miłosz Kamil Manasterski: Spa, Wydawnictwo Książkowe IBIS, 2007, s. 47

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.