Paweł Kubiak: Od Hanoi po deltę Mekongu

Zaczęło się od niefortunnej przesiadki we Frankfurcie. Z powodu śnieżycy lotnisko nie przyjmowało samolotów. Grubo spóźnieni obejrzeliśmy ogon jumbo jeta Vietnam Airlines. Spędziliśmy na koszt LOT-u dobę w Sheratonie, gdzie najbardziej zdziwił mnie obyczaj wykładania sztućców luzem wprost na goły blat stołu! Straciliśmy cenną dobę przewidzianą na aklimatyzację przed konferencją.
Z lotniska w Hanoi ekspresową taksówką pędziliśmy wprost na inaugurację Międzynarodowej Konferencji Tłumaczy Literatury Wietnamskiej (5–10.01.2010). Błyskawicznie wyposażono nas w emblematy uczestników i potrzebne materiały, a kolejne stanowiska służb porządkowych, niemalże z rąk do rąk, przemieściły nas do sali, której rozmiary przewyższają wszystko, co zdołałem obejrzeć w kraju nad Wisłą. Żadna tam Nowa Huta czy Sala Kongresowa! Monumentalna budowla, kilkadziesiąt metrów wysokości, widownia na ponad tysiąc miejsc. Człowiek, no cóż, maleńki.

Polecieliśmy we trzech: Lam Quang My i niżej podpisany zaproszeni zostali jako autorzy wydanej po polsku „Antologii poezji wietnamskiej od XI do XIX w.”, a Andrzej Grabowski, prezes Krakowskiego Oddziału ZLP, wyruszył aby promować swoją bogatą literaturę dla dzieci. Wszyscy uhonorowani zostaliśmy uroczyście medalem „Za zasługi dla literacko – artystycznego rozwoju Wietnamu”, a więc niejako zobowiązani do dalszej pracy na tej niwie. Traktowano nas jak prawdziwych bohaterów, każdemu przydzielono studenta-opiekuna, niemalże całodobowego, nie szczędzono jadła i napitku, a godzi się nadmienić, że wietnamski posiłek składa się z przynajmniej 5 – 8 dań, głównie owoców mórz i rzek oraz warzyw; próbowaliśmy nawet pałeczek, acz ze średnim skutkiem. Wietnamczycy traktują przybyszów z sympatią i stawiają na rozwój turystyki zagranicznej, już dość zaawansowanej. Polacy (po wietnamsku Ba lan, co za chińskim oznacza falę) traktowani są jak sprawdzeni przyjaciele i bratnie dusze.
Po części oficjalnej i dwudniowych wystąpieniach gości, także naszych wystąpieniach i wywiadach dla tamtejszych mediów odbyliśmy „Wieczór Polski”. Rzecz miała miejsce w Centrum Wschód – Zachód Kultury i Języków w Hanoi. Przybył charge d’affaires Ambasady RP pan Janusz Bilski oraz tłumacze literatury polskiej. A tłumaczy się na język wietnamski wiele, od współczesnej poezji po myśl polityczno-gospodarczą Grzegorza Kołodki. Przewodniczący Stowarzyszenia Wietnamczyków w Polsce przetłumaczył niedawno „Pana Tadeusza” i opublikował w Hanoi przy finansowym udziale polskiego przedstawicielstwa. Obecny był tłumacz wierszy Wisławy Szymborskiej i niezmordowana translatorka polskiej prozy Nguyen Thi Thank Thu mająca na warsztacie zarówno Olgę Tokarczuk jak i Katarzynę Grocholę.
Ostatnie dwa dni konferencji przeznaczono na tournee turystyczne. Przemierzyliśmy blisko 500 km kawalkadą sześciu różowych koreańskich autokarów. Cały czas pilotował nas policyjny patrol na sygnale. Czuliśmy się naprawdę ważni, potrzebni, że nie powiem wyjątkowi. Niezapomniane chwile przeżyliśmy w Zatoce Opadającego Smoka (Winh Ha Long) na skraju Pacyfiku. Pływaliśmy leciwymi, barwnymi statkami pośród 2 tys. wysp-skał objętych kuratelą UNESCO. Arcyciekawym „gwoździem” rejsu była Jaskinia Niebiańskiego Pałacu, skarb przyrodniczy na skalę światową. Wielobarwne skały nawisowe, stalaktyty i stalagmity, a wszystko podlane tajemniczymi legendami dozowanymi przez przewodników z iście azjatycką powściągliwością.
Kulminacją wszelkich atrakcji był pobyt na wyspie Tuan Chau połączonej z lądem dwukilometrowym nasypem. Zostaliśmy zakwaterowani w pięciogwiazdkowym hotelu Holiday Willa, w którym w 2002 r. pielęgnowały swoje wdzięki finalistki Miss Universum, w tym czarnowłosa Polka, co zostało uwiecznione na ogromnej fotografii. Perfekcyjny pokaz tresury fok i delfinów okazał się zaledwie wstępem do wodno-świetlno-dźwiękowego widowiska w gigantycznym amfiteatrze. Amerykanie, Brytyjczycy, Rosjanie, Japończycy czy Szwedzi tak jak my z niedowierzaniem i zachwytem skłaniali głowy. Feerii barwnych wodotrysków eksplodujących do wysokości 30 m towarzyszył zsynchronizowany dźwięk. Całość ułożono w opowieść historyczno – poetycką na kanwie dziejów Wietnamu. Super finałem był film wyświetlony projektorem wprost na „ekranie” rozpylonej wody! W drodze powrotnej zwiedziliśmy prywatny skansen prowadzony przez sławnego rzeźbiarza. Chociaż od państwa otrzymuje on jedynie prawo do prowadzenia tej działalności, wstęp jest bezpłatny. Jest co oglądać: wiekowe chałupy wietnamskie z tradycyjnym podziałem na pokój dla kobiet, „zapiecek” dla starzyków z boku głównego pokoju i spiżarnię, ponadto urządzenia gospodarskie, studnie, sprzęty domowe. Wokół drzewostan owocowy sprzed setek lat, a pośrodku wieża obserwacyjna, z której sygnalizowano także rozpoczęcie i zakończenie pracy. Całość uzupełnia widokowy zbiornik wodny, restauracja, stoisko z pamiątkami i dziełami artysty.
Po zakończeniu konferencji, już całkiem prywatnie, ale za pośrednictwem Stowarzyszenia Przyjaźni Wietnamsko – Polskiej, zwiedziliśmy (2 loty krajowymi liniami, bo z Hanoi do Sajgonu jest jak z Warszawy do Paryża) starą cesarską stolicę Hue z potężną, dobrze zachowaną twierdzą, port Danang sławny z czasów wojny z Amerykanami, dawne bazy Wietkongu, Sajgon i deltę Mekongu. Posmakowaliśmy tropiku, na 25. piętrze w nocy było w pokoju 30 stopni C. Wokół mrowie ludzkie podobne do tego w Hanoi, najczęściej w maskach chroniących drogi oddechowe, na każdym skrzyżowaniu kilkadziesiąt, kilkaset motocykli, motorowerów, dziesiątki samochodów, tu i ówdzie rower, koncert klaksonów, istny zawrót głowy. Bezpieczeństwo ruchu oparte jest na opanowaniu, zrozumieniu, zaufaniu i samoograniczaniu prędkości do 40-50 km/godz. Z licznych placów budów, gdzie kobiety pracują na równi z mężczyznami, przez całą noc docierają odgłosy wytężonej pracy, podobnie z portów na rzece Sajgon. Kraj kontrastów, potężnych żywiołów przyrody, palm, bananowców, bambusów. Brakowało mi ptaków, bo te trzymają się z dala od kosmicznego momentami mrowiska.
Wietnamczycy (54 plemiona, co widać w miarę przemieszczania się z północy na południe) – żyjąc w sąsiedztwie takich potęg jak Japonia, Chiny i Korea – nie należą do krezusów gospodarczych. Jednak zsiadając ze swoich umiłowanych jednośladów, zdejmując maski ochronne, uśmiechają się do siebie i do obcych, promienieją żywotnością i optymizmem. Tytuły gazetowych artykułów głoszą „czas ekonomii”. Poeci piszą wiersze o zawiłościach człowieczej duszy. Hanoi i Sajgon – ponad 20 mln, cały kraj – blisko 100, nikt dokładnie nie zliczył. Jestem przekonany, iż ten pulsujący kapitał zajmie należne mu miejsce w rodzinie narodów.
Paweł Kubiak
PS Po dwunastu i pół godzinach lotu we Frankfurcie rozstaliśmy się z elegancką, wprost wytworną obsługą wietnamskiego jambo jeta ubraną w powłóczyste czerwono-złote szaty. Przesiedliśmy się do LOT-owskiego boeinga 737. Powitały nas dwie panie. Jedna w spódnicy bliżej nieokreślonego koloru, druga w czarnych zdefasonowanych spodniach. Były miłe. I nasze. Ale w oczach pozostał niedosyt. Poniżej mój „podniebny” wiersz.

miasta wioska i ludzie

Andrzejowi Grabowskiemu

pomiędzy kabulem a kandaharem
na skrzydłach vietnam airlines
ze słowiańskim spokojem oglądam
smukłe anioły południa w świętości
barw nie tylko przez grzeczność
przyjmuję od czasu do czasu kubek
pełen płonących węgli

za szybą sześćdziesiąt ujemnych
celsjuszy jedenaście km niżej
polscy chłopcy bawią się w wojnę
dla pokoju ginąc bez zbędnych metafor
albo zabijając bez zbędnego rozgłosu

agent ochrony o twarzy tajemniczego
chińczyka którego z odległości chwili
rozpozna bystre dziecko zamiast
spać na swoich tropikalnych antypodach
pilnuje mojego starzejącego się życia
właśnie otarł się o mnie sprężystą
czułością i zerknął w zapiski
a ja i tak mam na przegubie dłoni
szczęśliwe paciorki od buddyjskiego mnicha

opodal śpi kolega wracamy
ze zjazdu zaprzyjaźnionych pisarzy
boć świat jest uroczą
globalną wioską

mam biegunkę

Sajgon – Frankfurt, 17 stycznia 2010

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.