Marek Grewling: Przepis na zupę

Dlaczego pośród tylu dzieł nowo powstającej rodzimej sztuki tak trudno znaleźć coś, co moglibyśmy zaliczyć do wartościowej wysokiej literatury? Czyżby mało było zdolnych autorów? Czy może brakuje obecnie tematów odpowiedniego kalibru, które mogłyby zapewnić nośność i atrakcyjność dziełom? Gdzie leży przyczyna miałkości i swoistej nijakości publikowanych utworów? Nie ukrywam, że takie kwestie mają charakter retoryczny. Sądzę jednak, że można zdiagnozować tę sytuację. Obecnie wielu ludzi zajmuje się pisaniem – sądzę zresztą, że tak było zawsze, wielu pisało, niestety na Parnas wspięli się nieliczni. Myślę jednak, że współcześnie w Polsce mamy wielu niezwykle uzdolnionych poetów i że ich dzieło jest wydobywane na światło publiczne relatywnie często.

A więc dobrze. W skali innych narodów Polacy w dziedzinie literatury są reprezentatywni. Polacy piszą. Naturalnie można zarzucać sobie braki, ale z kolei nie należy popadać w malkontenctwo. Praktykowanie pisarstwa ma niebagatelne znaczenie dla kultury narodowej. O ironio, o kulturę narodową nie troszczą się wybrane przez społeczeństwo do troski o jego dobra tzw. władze. Rzadko, bardzo rzadko słyszymy o stypendiach dla wybitnych poetów czy pisarzy na przykład. Gdy się takowe pojawiają tu czy tam, okazuje się znów, że mają podteksty polityczne, a tego kultura wysoka przeżyć nie może. Teraz aż się prosi o przykłady, lecz czy kultura nie jest też delikatnością? Zatem poprzestanę na tym. A jednak to zaniedbane dobro rozwija się. Dlaczego? Bo są na szczęście ludzie związani z kulturą, którym zależy na podtrzymywaniu i budowaniu pozycji naszej literatury. Stąd poszukiwania wydawców, stąd próby gromadzenia młodych zdolnych. I dobrze. Niestety, mimo mnogości utworów jakoś brakuje nam wybitnych, ale w dosłownym sensie, dzieł. Może to dlatego, że nikt nie powiedział młodemu twórcy, że nie wystarczy sprawnie i pięknie żonglować słowem? Może ktoś powinien przypomnieć pisarzowi i poecie, że trzeba podjąć próbę zanurzenia się w głąb duszy, w głąb człowieczeństwa, postawić sobie samemu na początek parę pytań, które pisarz uważa za ważne, i spróbować podjąć się odpowiedzi na te pytania? Całkiem możliwe.
Jednak czy objęcie artystów rodzajem pracy organicznej na polu twórczości wystarczy? Czy to jest w ogóle potrzebne? Waham się z odpowiedzią, wiem bowiem, że rad będzie tyle, ilu krytyków, ba, ilu piszących. Osobiście uważam, że rodzaj pracy organicznej, pod jaką rozumiem m. in. warsztaty, jest niezbędny, ale nie jest to recepta na podnoszenie jakości potencjalnych dzieł. Aż chce mi się złośliwie zapytać, w którym domu kultury ćwiczył swój warsztat lord Byron, czy Jan Kochanowski? Może nie zabrzmi to nadzwyczaj elegancko, jednak to obfitość wnętrza autora powoduje obfitość jego dzieła. A głębia przemyśleń lub jej brak wynika proporcjonalnie z wrażliwości i mentalności piszącego. Być może ocieram się teraz o banał, ale czasem warto przypominać prawdy oczywiste, a jednak nieco zapomniane. Odnośnie do poszukiwania głębi dzieła. Potrzebni są krytycy literaccy, surowi i mądrzy zarazem. Dzięki Bogu paru nam się jeszcze ostało. Nie ośmielę się podpowiadać kryteriów oceny dzieła ludziom, którzy zajmują się tym profesjonalnie i potrafią odróżnić dobre od bardzo dobrego i bardzo dobre od wybitnego. Dlaczego o tym piszę? Może lepiej zająć się urokiem jesiennych poranków i słodyczą popołudniowych mgieł października? Może nie warto eksplorować pokładów wnętrza duszy jednostki i społeczeństwa? Ale cóż zatem? Mamy stoczyć się do słuchania kiczowatych wierszydeł śpiewanych przez raperów? Poprzestać na oglądaniu filmowych fabuł rozpisanych na role przez scenopisarzy bolly-holly-wood? To lekkostrawne, ale też niebezpieczne. Łatwizna naprawdę nie służy umysłowi. Nawet jeśli porzucimy szersze aspiracje, pozostanie przecież troska o własny poziom. Właśnie, to troska o własny poziom, o wysokość intelektualną dzieła, a także o utrzymanie jakości metody twórczej motywuje (przynajmniej powinna motywować) piszących. Nie będzie nadużyciem sugestia, że to rodzaj wspomnianej już pracy organicznej. Swoiste samodoskonalenie. Boję się krytyki literackiej, boję się tym znanym egoistycznym lękiem o to, że usłyszę: „To dzieło nie jest najwyższego lotu, proszę jeszcze nad tym popracować.” To nie jest najprzyjemniejsze, szczególnie wtedy, gdy jesteśmy przekonani o swojej wartości i o wartości tego, co stworzyliśmy. Lecz, czy ktoś jest dobrym adwokatem we własnej sprawie? Co sugeruję? Po pierwsze to, że nie trzeba się bać krytyka. On nie gryzie – zapewniam. Po drugie, że wielkość mierzy się pokorą. To hasło nie jest nośne ani atrakcyjne, jednak coś w tym jest. Umiejętność stanięcia w świetle innego spojrzenia i oceny, odwaga postawienia siebie wraz z dziełem przed jedynym w swoim rodzaju trybunałem zakrawa na heroizm. Dodam: korzystny, zawsze korzystny heroizm. Chociaż jak wiemy, tak czy inaczej każde dzieło staje przed trybunałem oceny – oceny czytelnika, który nie pozostawi złudzeń. Kupi lub nie kupi. Staje też dzieło przed trybunałem historii literatury. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, po latach pisarz zostanie odnotowany w annałach jako dobry lub zły... albo wcale o nim nie będą wspominać. Warto się starać i pracować nad pięknem słowa oraz nad tym „co poeta ma na myśli”, żeby w istocie „na myśli” coś było. Wracając do kwestii początkowej, do pytania o literaturę wysoką, uniwersalną, o twórców, którzy dosięgają Parnasu. Mamy wielu dobrych pisarzy i poetów. To nasza duma i radość. Jednak aby dzieła stały się uniwersalnym manifestem wykraczającym poza granice doświadczenia jednej osoby, jednego narodu, aby mogły stać się własnością ogólnohumanistyczną, nie wystarczy tylko talent. Nie wystarczy nawet talent połączony z wrażliwością. Otóż potrzeba czegoś więcej. Trochę boję się o tym mówić, ale raz kozie śmierć, może czytelnik nie obrazi się na mnie. Oprócz talentu i wrażliwości potrzebna jeszcze wiedza. Tak po prostu. Szeroka, porządna humanistyczna wiedza. Proszę mi wybaczyć, ale to trzeba powiedzieć. Nie precyzuję metodologii zdobywania wiedzy, to już zupełnie inna sprawa, jednak wiedza jest potrzebna i basta. Nie ma przepisu na książkę, nie ma przepisu na wiersz. Sztuka to nie zupa.
Niemniej jednak wypada wiedzieć, czym się różni książka kucharska od encyklopedii. To ułatwia życie tak kucharkom, jak i pisarzom. Na szczęście właśnie rozpoczyna się rok akademicki.

Artykuł pochodzi z Pegaza Lubuskiego

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.