Andrzej Wołosewicz: List otwarty do Piotra Dumina

Drogi Piotrze!
Siedzę nad Twoją książką „Poezja jest podarunkiem natury” (Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2008). W tle Andrea Bocelli z płyty „Sogno” (kupiłem wreszcie nowy sprzęt do dobrego słuchania) przypominający mi ubiegłoroczną Sycylię. Słuchaliśmy go do śniadania pod sycylijskim słońcem. Słońcem tak słonecznym, jak na okładce Twojej książki. To słońce, Piotrze, z rzuconym nań tytułem, nieziemskie słońce, już nad chmurami, właśnie tytułowi przeczy, Okładka Twojej książki raczej „mówi”, że poezja jest darem nieziemskim, choć przecież poeci, z którymi rozmawiasz, zanurzeni w ziemi, w życiu po łokcie.
Książka wyczekana niezmiernie długo. Przecież rozmawialiśmy o niej cztery lata temu, że właśnie skończona, że tylko jedna rozmowa z Krzysztofem Gąsiorowskim (która ostatecznie się nie pojawiła), później wyczekana przez z natury rzeczy rozwlekłe sprawy wydawnicze. Książka wyczekana także przez moje gapiostwo, bo jak już mi ją zostawiłeś w ZLP na recepcji tuż przed Świętami, to o tym zapomniałem, A że ciągle coś tam leży i na kogoś czeka, to i trudno, aby nasi recepcjoniści nas pilnowali, jeśli sami się nie upomnimy. To wyczekiwania etap drugi. Etap trzeci był jednak najdłuższy. Nikt nie wie tego lepiej od Ciebie. Wszak książka to Twoje rozmowy z poetami sprzed bez mała ćwierćwiecza! Ale w końcu jest.

Przyznam Ci się do dwóch obaw, ale zacznę od przeprosin, ponieważ one – a raczej ich powód – wkradły się między ten list a rozciągniętym wyczekiwaniem na książkę. Przeprosić Cię chciałem za dość obcesową odmowę na Twoje zaproszenie, bym przekazał jakieś wiersze do „Poezji dzisiaj”. Drukowałem tam raz i drugi, rozmawiałem kilkakroć z Naczelnym (nawet wsparł projekt tomiku w konkursie jakiejś fundacji – za co dziękuję) i sądzę, że wystarczy. Literatura potrzebuje ludzi sprawnych jak Aleksander Nawrocki i dzięki nim zyskuje. Literatura traci na szemranych, lichych charakterach traktujących wszystko „pod siebie”, instrumentalnie, jak A.N. Ale skończmy ten wątek, przecież znasz sprawy nie gorzej ode mnie. Wspomniałem o nich, aby uświadomić nam obu oczywistą oczywistość, że nie ma już czystej literatury, że nawet odległe od polityki nasze literackie pasje uwikłaliśmy w niezbywalną polityczność naszych życiorysów.
Książka, Twoje rozmowy, moje obawy. Wspomniałem już o nadmiernym wyczekani i związanym z nim lękiem, że w ogóle jej nie sfinalizujesz, co – na szczęście! – się nie ziściło. Obawa druga dotyczyła nazwijmy to „odgrzewanego kotleta”. Skoro rozmowy sprzed dwudziestu kilku lat, skoro przedruki, skoro zbiór rozrzuconych w czasie i po pismach wywiadów, to nie może się udać. Tak herbata drugiego parzenia. Pewnie te obawy spowodowały, że zacząłem czytać Twój wstęp i... odpadłem od książki na jakiś czas. Wydał mi się przegadany, choć przecież nie jest długi. Nie spodobały mi się pasus o białych plamach, bo co to za plamy, skoro rozmowy ukazały się onegdaj teraz mają swój „drugi debiut”.
Ale, Piotrze, wiesz, że czasami nie należy ufać samemu sobie, nie należy wierzyć pierwszemu wrażeniu. Dzięki Bogu też wykazałem upór przed ostatecznym odrzuceniem. Sartre pisał kiedyś o przedwczesnym zrozumieniu bez rozumienia. I j atak spojrzałem na siebie i Twoją książkę – jak to? Odrzucę i osądzę przed przeczytaniem? Nie! I chwała Bogu! Jestem już po lekturze całości –jakże byłbym głupi! Twoi rozmówcy konkretni, interesujący, różnorodni. Ty dociekliwy, rzetelny, nie dziennikarz rzucony na odcinek literatury, lecz literat-rozmówca. To wyczuwa się i w Twoich pytaniach i w odpowiedziach Twoich rozmówców. Oni wiedzą, mają świadomość, że rozmawiają z kimś, kto żyje materią rozmowy na co dzień, więc mogą mówić głęboko, operować odniesieniami wiedząc, że wiesz, o co im chodzi. I że dzięki temu będzie to wiedział czytelnik książki, słuchacz tej rozmowy. Twoje i Twoich interlokutorów usytuowanie na wspólnym poziomie znawstwa daje frajdę przysłuchiwania się Waszej rozmowie z niekłamaną przyjemnością. Od razu jesteśmy wrzuceni w meritum poezji, bez niepotrzebnej waty, bez zbędnego wodolejstwa. Spójrzmy po kolei.
Przepytujesz Józefa Barana, który – poza wszystkim – mówi o tym, że „najważniejszą rzeczą jest stosunek do tego, o czym się pisze” i zauważa : „siedemdziesiąt procent ludzi zaczynając pisać, ludzi młodych, nie ma własnego stosunku do tego, o czym pisze. Życie po nich spływa jak woda po gęsi, a oni piszą na tematy, które są o siedem pięter powyżej nich, nie wynikają z ich doświadczeń życiowych przepuszczonych przez wątrobę, serce, a na końcu przez mózg. Oni chcą być mądrzejsi od siebie. Przechodzą do literatury bezpośrednio z bibliotek, z kawiarni, z kółek polonistycznych ” (s.13/14) To tylko fragment, ale pouczający, zgodny, przynajmniej z moimi, odczuciami. To często słychać w ich wierszach. Dlatego nawet ten swego rodzaju dydaktyzm Barana jest jak najbardziej wskazany. W końcu ten sam Baran namawia: „Czytam księdza Sedlaka, czytam listy, dzienniki, aforyzmy, sięgam po książki filozofów. Sądzę, że poeci powinni czytać niepoetów.”. Masz wrażenie, teraz, już po latach, że czytają?
Rozmowa z Jerzym Górzańskim użycza tytułu całej książce. To świetliste słowa. Ale Górzański bywa gorzki, kiedy mówi: „W Polsce można być prawdziwym i dobrym poetą i wegetować gdzieś na marginesie życia literackiego. Kolejne przełomy, odnowy, zapętlenia historyczne, paradoksalnie, ten niejako naturalny stan zapoznania poetyckiego jedynie utrwalają. Są tacy poeci, którzy nie uprawiają nie uprawiają autoreklamy ani nie zabiegają o splendory oficjalne, podszyte koniunkturą, czy towarzyskie, wiodące w obu wypadkach na fałszywy Parnas. No i te grupy, grupki, koterie, kamaryle w stylu „swój podsadza swego”. Czytam w pismach recenzje, omówienia, referaty –wszystko równe jak stół.” (s. 44). A wie, co mówi, bo jak każdy z Twoich rozmówców ma kawał życia literackiego za sobą. Dzięki takim ludziom, Twój czytelnik dostaje potrójny ogląd. Po pierwsze analizę i autoanalizę poezji, w której czuć jej tętno Po drugie opis, obraz pokolenia Współczesności, literatury historię serdeczną, także wygarbowaną na własnej skórze. I, po trzecie, pogląd na literaturę w kulturze silnie oparty na konkretach historyczno-literackich.
Cieszę się, że szczególnie interesujący mnie wątek synkretyzmu, zapożyczeń, „naśladownictwa” zaczęty przez Józefa Barana ma kontynuację w wypowiedzi Zbyszka Jerzyny: „Właściwie walka z synkretyzmem ma proweniencje futurystyczne i łączy się z dość opacznym pojęciem oryginalności. To absurdalne, żeby zaczynać wszystko od początku. Przy tak pojmowanej oryginalności jej ceną jest odrzucenie wielu osiągnięć, które współbrzmią współcześnie i które warto przetworzyć na nowo. Ta nieufność do synkretyzmu jest antyszekspirowska, bo przecież jest rzeczą jasną, że Szekspir czerpał ze wszystkich możliwych źródeł a nawet przerabiał swoich poprzedników. Synkretyzm jest bardzo wysoką ambicją talentu. To dążenie do tego, aby jak najwięcej wchłonąć, przetworzyć. Talent, który nie wierzy w siebie, ogranicza się do wąskich eksperymentów albo chce być za wszelką cenę oryginalny. Eksperymentatorzy najczęściej bywają mierzwą dla tych pogardzanych synkretyków.” (s. 70)
Zobacz, Piotrze, jak to się plecie, zazębia, Szekspir, wiele lat po nim Górzański, Baran, Jeżyna o synkretyzmie, na Szekspirze głównie oparł się Harald Bloom w swoim „Lęku przed wpływem”, a ja mogę temu się przyglądać dzięki Tobie. To jest, jak sądzę, efekt synergii, wartość dodana, którą osiągnąłeś dzięki temu, co wpierw mnie „obawiało”, że zlepek, że przedruki. Nic z tych rzeczy! Co więcej, obraz wyłaniający się z tak skonstruowanej całości jest niczym obraz wyłaniający się z puzzli gdzie każdy dodaje coś swojego, coś niepowtarzalnego, każdy uzupełnia „to samo” o inną jego stronę. Wiele stron „tego samego”. Zbyszek Jeżyna między innymi o widzenie Stanisława Grochowiaka oczami najlepszego przyjaciela, o widzenie Grochowiaka, jakiego nikt innym nie miał. Nadto oczywiście całą głębia Zbyszkowego myślenia o poezji i kulturze, do której chyba nie wszyscy jesteśmy w stanie dotrzeć wyłącznie przez jego wiersze, nie tylko dlatego, że jak większość Twoich rozmówców jest obecnie poetą zapoznanym. O tej synergii osiągniętej dzięki Twoim wysiłkom mogę też mówić na przykładzie słów kolejnych poetów. Tadeusz Kijanka w swoim wielobarwnym tematycznie życiu zderza zajmowanie się poezją, bycie poetą z innymi aktywnościami puentując: „nie tylko z poezji jestem”, gdy Czesław Kuriata zupełnie odwrotnie –taką pełną gamę różnorodnych zawodowych zabiegań wskazuje jako obciążenie: „A już na pewno nie byłbym poetą (piszącym, gdybym był przeświadczony, że żyję pełnią życia.” (s. 128) I jeszcze obraz Śląska u tego pierwszego a Pomorza u drugiego. Smaki, smaczki, nie tylko literackie, ot, choćby to o Przybosiu i Jastrunie (s. 125) czy nie wymienionym z imienia i nazwiska, ale łatwym do rozszyfrowania dla dociekliwych poecie sprowadzonym do Słupska przez KW PZPR za etat i mieszkanie choć bezpartyjnym, który po tzw. transformacji „wykrzykiwał pod adresem innych, że dla korzyści służyli partyjnemu reżimowi!” (s. 144) Pozwolę sobie na jeszcze jeden fragment. Pytasz Kuriatę o tendencje w poezji najnowszej, tendencje związane ze metaforyzowaniem, kreacją wiersza jako niezależnego przedmiotu sztuki z późniejszą ewolucją w kierunku wyraźnego prymatu treści, a on odpowiada tak: „To wcale nie nowa tendencja. Ambitni twórcy – a w tym i poeci – zawsze dążyli do najprostszych środków wyrazu. To rzecz najtrudniejsza. Popatrz, ile doskonałych dzieł jest jakże prostych w formie.” (s. 140) To trop bardzo mi bliski. Przypomina bowiem nieśmiertelne słowa Rainera Marii Rilkego z „Listów” (do Lou Andreas-Salome): „nauczyłem się prostoty, długom się uczył i z trudem, że w końcu wszystko jest zwyczajne, i dojrzewałem do tego, by mówić o rzeczach prostych” (Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1986, s. 226).
A przy okazji Twojej rozmowy z Kuriatą znalazłem wąsie satysfakcje. Myślę o „Twórczości”, a dokładniej o pewnej skazie, denerwującej hermetyczności tegoż szacownego miesięcznika. Oczywiście cenie, mam sentyment (mój „drugi debiut” to wiersze otwierające 12 numer z 1994 roku), ale notoryczność tych samych nazwisk i dziwna jednolitość stylu. Rozmawiałem o tym kiedyś z Wiesławem Myśliwskim, pisałem tu i ówdzie, ale na ogół byłem sam. Wszyscy raczej do „Twórczości” na kolanach. Zacząłem się zastanawiać, czy aby ja nie jestem „normalny inaczej”, czy co? Alem trochę się uparł, bo umiem określić dość dokładnie swoje do „Twórczości” pretensje (nie, że mi trzymają recenzję z „Ja, Fausta” Leszka Żulńskiego ponad wszelką miarę). Jeśli pismo ma markę, a ma, jeśli jest dotowane, wspomagane przez Bibliotekę Narodową, a jest (i chwała Bogu), przez Bibliotekę Narodową, do której spływają dobra literackie całego kraju, to dalibóg nie widać nawet chęci wejrzenia w to bogactwo, nie mówiąc już o jego promocji. Słyszałeś jakiś głos, krzyk „Twórczości”, jej larum wobec pomijania wielu dobrych książek choćby przy nominacjach do różnych nagród? Słyszałeś by „Twórczość” walnęła pięścią, że coś jest nie tak – bo przecież idzie o literaturę a nie o to, kto kogo lubi (nawet czytać) i kto kogo wydaje. No to się wyżaliłem! Nic to, w każdym bądź razie nie czuję się z tym dobrze, z tym, że pusto wokół mnie kiedy zgłaszam pretensje do „Twórczości”. A tu, proszę, Kuriata powiada: „Ponadto ogólnopolskie pisma były wtedy solidnym kronikarzem polskiego życia literackiego. Dziś hermetyczny miesięcznik „Twórczość” niczego nie załatwia, więcej w nim bowiem wieści z salonów i saloników niż autentycznego życia literackiego!” (literackiego. 142) Piotrze, naprawdę wyciągnąłeś ze swoim rozmówców wiele! Słusznie zauważył Zbyszek w swoim dopowiedzeniu, że „Piotr Dumin jest świetnym „wywiadowcą”. Po prostu zadaje swojemu rozmówcy mądre i istotne pytania.” (s. 93). Że tak jest zaświadcza cała rozmowa z Andrzejem K. Waśkiewiczem, w której schodzicie głęboko w strukturę wiersza (s. 147 i następne), w której pokazuje on wielopoziomowość świadomości w robocie literackiej, zarówno tej twórczej jak i tej krytycznej, odbiorczej, jeśli chce ona też być aktywna. A fragment o wyjściu z Powstania Warszawskiego tak klarowny, że na przekór dzisiejszym aksjologicznym matołom jednointerpretacyjnym nie mogę sobie odmówić przytoczenia: „A przed nami szła kolumna mężczyzn. Z tej kolumny mężczyzn nagle zaczął uciekać człowiek z dzieckiem na ramieniu. Esesowcy pozwolili mu przebiec pewną odległość – i zastrzelili mu dziecko, potem znów pozwolili mu przebiec jeszcze kawałek –zanim zastrzelili i jego. A bok tej naszej kolumny eskortował „uczciwy’ Wehrmacht, „porządny” Wehrmacht już po doświadczeniach z frontu wschodniego. I w pewnym momencie matka zdecydowała się na ucieczkę. To znaczy zwrócił a się do wermachtowca, żeby nie widział. Skończyło się pomyślnie, bo do Pruszkowa nie doszliśmy. Otóż z całej tej sytuacji, która dałaby się w wierszu opisać w różnych konwencjach, jedno wydawało się istotne... Mianowicie to, że być może żyję przypadkiem i nie znam człowieka, któremu zawdzięczam życie, a w kategoriach społecznych czy politycznych jest to przecież mój wróg...” (s. 152-153)
Do samej poezji wracając. Dobrze żeś pociągnął Waśkiewicza za język, bo jego wiedza, chłonność na wiedzę, oczytanie jest zbyt słabo eksponowane mimo nagrody za całokształt z ostatnich lat (bodaj sprzed roku czy dwóch). Miałem takie wrażenie na tym rozdaniu, nie wiem, czy Ty też, że wielu patrzyło na Andrzeja K. Waśkiewicza jak na zjawę z kosmosu: tyle można w pojedynkę dobrego uczynić w literaturze? Dziękuję Ci, Piotrze, żeś pokazał Waśkiewicza Wielkiego Znawcę, Interpretatora i Teoretyka, który z całym tym bagażem potrafi mówić o poezji klarownie, czysto, pięknie: „Kryterium (tego, co jest najważniejsze w wierszu –A.W.) jest właściwie jedno. Na ile poeta potrafi powiedzieć coś nowego w sposób względnie nowy, w jakim zakresie potrafił ujawnić mi te aspekty rzeczywistości, których z natury rzeczy nie potrafiłem dojrzeć. Bo, widzi Pan, młodzi poeci nie są potrzebni po to, by produkować arcydziele wiersze, oni SA potrzebni, bo – ponieważ są ludźmi młodymi i mają zupełnie inne doświadczenia i inną wrażliwość – powinni dostrzec w rzeczywistości to, co jest w niej nowe, co z natury rzeczy niedostępne jest starszym pokoleniom. Jeżeli tego nie zrobią, są po prostu niepotrzebni.” (s.169)
I na koniec rozmowa z Markiem Wawrzkiewiczem z choćby takimi smaczkami jak ten: „przypominam sobie taki okres – to była druga połowa lat 60 – kiedy o moich książkach dobrze mówiła „Wolna Europa”. Wtedy było wiadomo, że jestem utalentowany, bo byłem taki kulturowy, śródziemnomorski... Tymczasem oceniam sprawę zupełnie inaczej. Uważam, że swoje najlepsze wiersze napisałem w ostatnich 10 czy 12 latach. Ale mam obciążający znak polityczny – należę do lewicy. To jest właśnie decydujące, mimo że nie piszę lub prawie nie piszę wierszy politycznych.” (s. 174) Chciałem tu zauważyć trafność autorskiej oceny z 1989, że ostatnie (wtedy) wiersze są lepsze niż te z okresu chwalonego w „Wolnej Europie” Europie dodać, czego akurat w rozmowie z 1989 roku być nie mogło – Marek Wawrzkiewicz lepszy niż latach 80-tych jest w tomikach z lat ostatnich, np. „Smutna pogoda” (2003) „Każda rzeka nazywa się Styks” (2002), „Coraz cieńsza nić” (2005) czy „Dwanaście listów” (2005). Pisałem o tym, jak wiesz, osobno (we „Własnym głosem” nr 73/2008 czy wcześniej w książce „Świat według poety” Wydawnictwo Adam Marszałek Toruń 2005, ss. 59-69). Rozmowa z Markiem Wawrzkiewiczem nie miała już szans ukazać się w upadającej „Poezji”, nie dałeś też mu szansy – jak pozostałym – na dopowiedzenie, więc dobrze, że zrobił to choć w kilku słowach na okładce. Chcę, abyś Piotrze wiedział, iż uważam Twoją książkę za ważną i ważką niezależnie od losów, jakie ją spotkają w wynalezionym przez nas, jak trafnie i sarkastycznie zauważa Marek Wawrzkiewicz, świecie czarno-białym.
Dzięki Tobie, Piotrze, odbyłem swoją czytelniczą rozmowę z Twoimi interlokutorami, odbyłem dzięki nim wędrówkę w czasie, zobaczyłem „trzy czasy” w ich wzajemnym napięciu. Najpierw ten, o którym mówią Twoi rozmówcy, który wspominają z perspektywy swoich doświadczeń i swego miejsca w II połowie lat 80-tych. Potem nałożony na to ich odbiór świata i siebie samych dziś, po wspomnianym ćwierćwieczu. I wreszcie nałożony na to mój czas prywatno-literacki. I co widzę? Piotrze, Twoi rozmówcy pokazali mi tropy do Poezji, których bym bez nich nie znalazł, bo to ich tropy, zindywidualizowane, niepowtarzalne, dlatego ciekawe. Dalej zobaczyłem Poezję przez okulary ich doświadczenia, oczytania, przemyśleń i mogę być niczym truteń –korzystać z tego. Brakuje nam w kulturze tej ciągłości korzystania, raczej kopiemy rowy, transzeje... I na koniec – mogę przypomnieć sobie, każdy czytelnik może, że Twoi rozmówcy zostawili określone trwałe ślady, oby trwałe pomniki, działań literacko-kulturotwórczych. Ich książki tak czy inaczej zostaną w bibliotekach (oby czytane), ale dzięki Twemu przepytywaniu mam nadzieję, że pozostanie także pamięć, że poezja, literatura nie dzieje się sama, nie dzieje się bez takich ludzi jak Baran, Górzański, Jerzyna, Kijonka, Kuriata, Waśkiewicz, Wawrzkiewicz. Bo już zdaje się, że nam współczesnym się zdaje, że wystarczy wydawca z pieniędzmi, ale już niekoniecznie z jakimkolwiek znawstwem czy rozeznaniem literackim oraz takiż sam autor. Otóż nie wystarczy. Dlaczego? Ty, Piotrze, wiesz, ja też wiem, bo przeczytałem Twoją książkę do czego gorąco namawiam innych, szczególnie młodych: świat nie jest czarno-biały, sprawdźcie.

© 1920 – 2018, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.