Z dziennika Andrzeja Dębkowskiego: Tadzio Cugow

Dzisiejszy ranek był niezwykle niespokojny. Już od momentu przebudzenia bez przerwy myślałem, o czym ma być felieton do lipcowego numeru „Gazety Kulturalnej”. Niestety, nie miałem żadnych pomysłów... Ten niepokój przerwał nagle telefon od Tadka Zawadowskiego: - Andrzej, Cugow nie żyje!... Dalsza rozmowa zupełnie nam nie wychodziła, więc nie ciągnęliśmy jej zbyt długo...
Przecież jeszcze tydzień temu rozmawiałem z Tadziem. Był słaby, nie mógł trzymać telefonu, ale jeszcze tyle planował. Mieliśmy razem zrobić jego głośny przed wydaniem „Słownik moich przyjaciół”. Większą część wydrukowałem mu w cyklu „Świat jest... Cugowny”, który wymyśliłem mu w Wielką Sobotę, dwa lata temu... Dwa dni temu, telefon już milczał. Wieczorem dowiedziałem się od syna, że Tadzio leży na OIOM-ie...

Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Ale to nie jest prawda. W kulturze i sztuce nikogo nie da się zastąpić, tym bardziej, jeśli ktoś był takim człowiekiem, jak Tadzio Cugow.
Nasza przyjaźń trwała bez mała dwadzieścia lat i pomimo dużej różnicy wieku rozumieliśmy się jak mało kto. Rozmawialiśmy niesłychanie często, czasami po kilka godzin dziennie... Ciągle wspominaliśmy nasze literackie wyprawy... i te nie do powtórzenia nocne rozmowy – przy kielichu albo i bez – o literaturze, historii, często o Polsce... Wtedy z uśmiechem „wypalał”: „Patrz, dwóch kretynów zamiast spać, napierdala w nocy o patriotyzmie. Czy to jest normalne?”...
Ale taki był Tadzio: dla jednych cudowny, dla innych nie do zniesienia. Bo był prawdziwy, jak nikt inny - jedyny, niepowtarzalny, wyjątkowy...
To nie umarł zwykły poeta. To umarł wyjątkowy poeta, który swoim życiem zaświadczał wszystkich definicji poety, poezji i poetyckości... To umarł ostatni król polskiej bohemy artystycznej...
Tadzio często powtarzał: „Urodziłem się w Wilnie w 1940 roku przy ul. Uniwersyteckiej 4. I żyję nadal. Reszta jest milczeniem”... Nie, Tadzio, reszta nie będzie milczeniem... I chociaż dzisiaj nie mogę więcej pisać... to kiedy czas pozwoli ochłonąć, wtedy napiszę więcej... bo chcę, bo muszę, bo potrzebuję, bo jestem Ci to winny... Ale skoro sam Pan Bóg zaprosił Cię na największe Twoje spotkanie autorskie, to pozdrów ode mnie Henia Cyganika, Jurka Tomaszkiewicza, Wilka Przeczka i innych kolegów, wypijacie za moje zdrowie i trzymajcie tam dla mnie miejsce, przy stole z Panią Poezją, której nie każdy może mówić po imieniu i dzielić się opłatkiem nadziei i zwątpienia...

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.