Maciej Antoni Suszek: Toaleta

– Piękny dzień – powiedziałem, żeby coś powiedzieć. Idący krok za mną menel chrząknął, a potem splunął gdzieś w bok.
– Te! Uważaj Człowieku, bo jak mnie oplujesz to ci nie pomoże żadne ”zmiłuj”! – ostrzegłem i spojrzałem na niego z boku. Brudna, seledynowa kurtka już dawno straciła kolor, a liczne dziury na rękawach i łokciach, poprzeczne rozcięcia na kolanach starych „teksasów” kwalifikowały odzież Menela prosto do śmietnika. Nawiasem mówiąc sam Menel także wyglądał, jakby nocował w śmietniku. Świadczyły o tym tu i ówdzie przylepione skorupki jajek, i szopa zmierzwionych włosów ze sterczącymi jak druty, pozlepianymi szaro–siwymi kosmykami. Szedł rozkołysanym krokiem, szerokim chodnikiem Świętego Marcina, kołysząc foliową torbą z wizerunkiem mężczyzny w smokingu.

Wytworną postać odbiła szyba wystawowa. Menel zwolnił. Między skórzanymi fotelami wypełniającymi wnętrze, w wysokich lustrach umieszczonych na ścianie wewnątrz salonu fryzjerskiego, odbijała się szopa siwawych, niechlujnych włosów. Menel wyjął z kieszeni metalowy grzebień i próbował je rozczesać, krzywiąc się z bólu po każdym przeciągnięciu grzebieniem. Nieogolona twarz odbita w dalekim lustrze grymasem bólu reagowała na szarpnięcia, przy pomocy których wyrywał z włosów lśniący stalą grzebień. Po którymś z kolei użyciu grzebienia przerwał czesanie i zainteresował się zarostem na policzkach. Przesunął palcami po sino srebrnej szczecinie i wykrzywiając twarz, próbował przyjrzeć się zarostowi zbliżając twarz do szyby wystawowej salonu. Krzywił się przy tym, wybrzuszał policzki od wewnątrz, językiem, na zmianę, raz jeden, raz drugi. Rozejrzał się dookoła, dłużej zatrzymując wzrok na tryskającej obok fontannie, pochylił się, wsadził dłonie do wody i zmoczył policzki. Raz jeszcze przejechał palcami po zaroście, skrzywił się i podniósł leżącą na szerokim, betonowym obrzeżu fontanny, plastikową torbę. Wyjął z niej garść kolorowych, niewielkich przedmiotów. Z daleka nie mogłem ich rozpoznać, ale znajome kształty budziły znane skojarzenia. Dopiero kiedy jeden z nich ujął w charakterystyczny sposób, rozpoznałem maszynki do golenia. Zwykłe pomarańczowe lub żółte „jednorazówki”, których setki walają się obok śmietników na każdym osiedlu. Będzie się golił?! – przyszło mi do głowy. Tutaj? W szybie wystawowej? Nie! Widzi siebie przecież w lustrze wis a wis wystawy – zobaczyłem jak „na sucho” przymierza golarkę do policzka. Teraz powinien wyjąć krem lub piankę do golenia. Tymczasem na nic takiego się nie zanosiło. Zobaczyłem, jak umoczył palec w wiszącym mu u nosa sopelku, delikatnie roztarł smark na policzku i pociągnął maszynką. Chyba go zaszczypało, bo wykrzywił śmiesznie usta, ale golił się nadal, sprawdzając palcem gładkość ogolonych miejsc. Był wyraźnie niezadowolony. Pomyślał przez chwilę, a później podstawił pod nos palec i smarknął na niego, szybko rozsmarowując galaretowatą masę po brodzie i szyi pod dolną szczęką. Tym razem golarka poruszała się znacznie szybciej. Powtórzył dwa razy proces „namydlania”, próbował później jeszcze raz, ale bez skutku. W nosie było pusto. Ciekawy byłem co też wymyśli, żeby dokończyć „toalety”. Co pewien czas obok przechodzili podobni do niego menele, niektórzy nawet witali się z nim zdawkowym „cześć”, kilku zapytało o pieniądze, wywołując gwałtowne wzruszanie ramion. Czyżby...
Tak! Menel zaczepił chudzielca z wielką, siwą brodą. Przez chwilę opowiadał mu coś, a później bez skutku próbował nasmarkać sobie na palec, drugą ręką przesuwając golarką po zaroście. Brodaty skinął głową, chwycił nadgarstek Menela, podstawił sobie pod nos i dmuchnął aż się rozległo. Gruba warstwa śluzu pokryła dłoń. Menel skinął głową w podzięce i dokładnie posmarował nią policzki i brodę, a później raz przy razie ogolił twarz. Brodacz jeszcze raz smarknął, tym razem na swój palec i posmarował nim policzki menela, który mruczał coś w podzięce. Po skończonej operacji Menel dokładnie umył się w fontannie, wiele razy zmywając resztę smarków z twarzy i rąk. Brodacz umył dłonie i wytarł je o skraj kurtki Menela, potem zgodnie ruszyli w stronę Śródmieścia. Na betonowym obrzeżu tryskającej fontanny widniały rozrzucone, zużyte golarki. Pociemniało. Zanosiło się na deszcz.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.