Krzysztof Gąsiorowski: Rekiny

Wracałem już stamtąd, niemal
już się ocknąłem,
ale wyrzuciło mnie w innym, w złym
miejscu i czasie,

znów do jakiegoś snu. Najpierw
poczułem kołysanie. Unosiłem się
na wielkiej, słonej fali. Nie

wiedziałem, gdzie jestem. Słyszałem
krzyki, lecz ich nie widziałem.

Miałem na sobie,
ratunkową kamizelkę. Z napisem
YVAN SU Byłem więc, a raczej zaczynałem
śnić się marynarzem,

rozbitkiem. Chyba. Tak. Przypominało mu się:
z trafionego torpedą krążownika
„E?”*, na którym podobno
przewieźliśmy bombę atomową; podobno,

chociaż w śnie nie ma podobno. Zresztą
nie wiedziałem, że wtedy tego nie jeszcze
nie wiedziałem. Trzy dni

tak tam tonąłem, pierwsze przypłynęły
rekiny. Czym prędzej

uchwyciłem się czegoś,
co falowało obok, na powierzchni
nocy i wdrapałem

na łóżko w moim
pokoju w Warszawie, na Jelonkach.

Na wszelki wypadek nie
otwieram oczu, nie zapalam światła.
Nie wiadomo, co tu się jeszcze okaże.

Siedzę się na łóżku, jestem jeszcze
trochę mokry, słony, jakby całe moje ciało
wciąż płakało, palę papierosa, i zastanawiam,
co robić, gdy nadciągają
rekiny.

* napis zamazany
Warszawa, środa, 9 sierpnia 2006, godz. 2, 36
z tomu Być

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.