Czytelnia

Edmund Pietryk: Rosa, Sny, Cud ciszy, Czarny Anioł, Prośba

Rosa

Poranna rosa jest łzą Boga a może jego
potem Świt zbiera plony grzechów i
stroi się w gołębie pióra W kościołach
nagi Jezus a w kapliczkach przydrożnych
Chrystus Frasobliwy który myśli jak od
nowa stworzyć świat Bóg rozdaje ziemi
ordery z czterolistnej koniczyny Blednąca
krew starych ludzi podpływa pod
bramę wieczności Anioł Zagłady pierze
śmiertelną koszulę Bóg świtem gubi
cierń ze swojej korony Wyją wilki
losu w czyśćcowych przedsionkach
Przeznaczenie uczepiło się skrzydeł
Nietoperza

Sny

Na żaden swój sen nie znalazłem odpowiedzi
W jednym śnie ojciec okryty mgłą bólu i
niespełnienia W drugim warkocze mojej
matki z jej młodzieńczego zdjęcia
Ból jest posłańcem z nocnej strony świata
gdy próbujesz oswoić majestat nieboskłonu
i budujesz szałas na spadłej gwieździe
Domyślasz się Mario odpowiedzi duszy
zmarzniętego kosa gdy trzymasz chmurę
naszego losu na uwięzi – zrób więc
herbatę wrzątku nocy Przecież zawsze
byliśmy chorzy na życie nawet gdy
nasza starość odbija się w chmurach
Mario a nasza gorączka chowa się
w purpurze jarzębin Zetnij sierpem
księżyca jesienną trawę Wsłuchaj się
w ptasie chmury Zbierz sosnową żywicę –
może wyleczy nasze przyszłe rany

Cud ciszy

Świat mówi do ciebie żargonem wilczym
co diabeł nie dopowie to człowiek zamilczy
Za oknem stoją zimą brzozy nagie
to natura wskazuje swą śmiertelną magię
Nisko chmury płyną Nie ma błysków słońca –
tak twoje umieranie nie ma jeszcze końca
Kulisz się w sobie – wiatr zimny zawieja
tylko kto ci odebrał sens życia – nadzieja
Szare niebo jest twoim świątynnym witrażem
ból twój idzie za tobą jak mu los przykaże
Czekasz na ochłap jesiennego słońca
co było na początku pełznie już do końca
Śnią ci się kresowe morwy dorodne czereśnie
a przecież umierać Boże jest zawsze za wcześnie
I czy twój wierny anioł ten szept twój usłyszy
wszak on jest twórcą i grabarzem tego cudu ciszy

Czarny Anioł

To są sylaby bólu To są iskry mrozu za Polarnym
Kołem To ślad kopyt diabła na trakcie
Mlecznej Drogi lub cień spalonej trawy
Każda chwila ma sekundę wieczności
Żelazne kajdany zaciskają serce
Poczwarki choroby pełzną po szpitalnej sali
Stoisz nagi przed losem w cierniowej koronie
zraniony sierpem księżyca Światło rani powieki
Nocą zjawia się Czarny Anioł
Wirują w tobie krople mrozu
We śnie zbierasz popiół po księżycu
Przeznaczenie nie chce oddać zdobyczy

Prośba

Przeżyj jeszcze za mnie moje życie Mario
Twoje oczy nieboskłon – Bóg w nich ślad wyciska
jak przejrzyste i czyste nieba rozlewiska
Więc przeżyj Mario jeszcze moje życie
z gołębią bielą w herbie w słowiczym zachwycie
Mój ból pędzi donikąd i czas ciągle nagli
gdy starość odczytuję ze śmiertelnej magii
Co mi przeznaczone niech się już wypełni
i zaklęcie w cierpienie do końca się spełni
Więc Mario czarnooka przeżyj moje życie
a wy ptaki jesienne nas w końcu wyśnijcie

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.