Czytelnia

Marta Świderska-Pelinko: Tam gdzie łkają skrzypce (fragment)

– Nie rozumiem, co te gnidy może obchodzić, gdzie jeżdżę i jakimi samochodami. Burki zmazane. I widzisz, między innymi o takich sytuacjach mówiłam, kiedy robiłeś mi sceny z powodu ulotek. Ja wierzę, że niedługo sługusy dowiedzą się, gdzie raki zimują i przestaną dręczyć porządnych ludzi, szpiclować każdy ruch z powodu źródła posiadania pieniędzy i miejsc ich wydawania. Czy ich ktoś pyta skąd mają i ile? W innym systemie taka miernota nie pozwoliłaby sobie na ingerowanie w osobiste sprawy uczciwego człowieka.
– Nie zaczynaj znowu z tymi bzdetami. Tu absolutnie nie chodzi o to, dokąd jeździsz, skąd masz pieniądze i to nie ci, o których tak nieelegancko się wypowiadasz cię inwigilują, ale twoi znajomi. To im solą w oku, co masz i jak się z tym obnosisz. Ludzie nie lubią takich jak ty.
– Ja ich też nie lubię i gówno im do tego.
– Wciąż niczego nie rozumiesz. Przypomnij sobie, jak podobnie myślący do ciebie wykrzykują, że miało być po równo i ironizują, że równo oznacza dla jednych wszystko, dla drugich gówno. Więc analogicznie można zapytać: dlaczego ty masz, a oni nie?
– Bo ja myślę i jestem obrotna, a oni czekają, że im manna spadnie z nieba, lenie patentowane.

– No więc, po co ci cały ten ambaras. Tobie i tak jest dobrze. Obyś tylko nie płakała, jak dostaniecie to, na co nie oczekujecie. Bo śmiem twierdzić, że treść powiedzenia, które przed chwilą zacytowałem będzie bardziej aktualna za kilka lat, niż teraz. Jak pomożecie tym swoim odważnym zwyciężyć, będziecie mieć, dośpiewaj sobie sama. Wszak kapitalizm już przerabialiśmy. Chcecie powtórki najbardziej niesprawiedliwego ustroju? Chcecie, nabijać kabzę garstce kapitalistycznych bogaczy i nie mieć faktycznie niewiele, wręcz nic? Chcecie być mięsem armatnim możnych tego świata?
– Mówi ci coś wolność, swoboda działania, wyznania i zarabiania.
– Z tego, co słyszę wiesz, że w jakimś kościele dzwonią, ale nie bardzo wiesz, w którym. Już kilka razy podkreślałaś, że miałaś, masz i mieć będziesz pieniądze, że robisz, co tobie wygodne, no to po jakiego grzyba chcesz lepiej, skoro i dla ciebie niebawem będzie gorzej?
– Dobrze wiem, kto tu rządzi i na czyich usługach, esbeku? W sklepach pustki, władza liże dupę ruskim, boi się tupnąć nogą i powiedzieć hajda stąd, my tu pany.
– Nie ubliżaj, bo nawet nie wiesz, co to słowo znaczy. A co do twoich zarzutów, to musisz wiedzieć, że każdy kraj prowadzi politykę zagraniczną i dyplomację, bo bez tego nie liczy się w świecie. Należy współpracować, a nie walczyć. A póki co, naszym najpoważniejszym sojusznikiem, krajem wspierającym i odbierającym naszą produkcję jest Związek Radziecki. Poprawne relacje gwarantują nam spokój i rozwój.
– Tere-fere kuku. Ani walką, ani dyplomacją nic nie osiągamy. W dyplomacji trzęsiemy portkami, a w walce, hm. Wygraliśmy wojnę i to nie jedną, a co z tego mamy. Powinniśmy opływać w dobrobycie, ale dalej dziadujemy, bo to przegrani mają bogactwo i znaczenie. Nam założyli kaganiec i wciąż każą aportować.
– Nasz kraj długo podnosił się z ruin. Doszczętnie zrujnowane, zbezczeszczone i ograbione miasta i wsie straszyły kikutami, cmentarzyskiem. Pamiętasz, jak ci mówiłem, że boję się zakłamywania historii? I słusznie się bałem, bo zakłamywali. Ale powoli zatrważające prawdy są ogłaszane. Ostatnio właśnie cios zadany w serce armii oraz mózg narodu został odkryty i ogłoszony światu. Ale zanim się komuś wykrzyczy w twarz barbarzyństwo trzeba udowodnić. Wszystkie działania wrogich mocarstw były skierowane przeciwko istnieniu naszego państwa, jego kulturze i wiekowym tradycjom. Nie daliśmy się. Spontanicznie, bez mała z gołymi rękoma szliśmy przeciw najeźdźcy. Śmiali się z nas, nie dawali żadnych szans, liczyli na pokonanie w ciągu kilku dni, miesięcy. I się przeliczyli.
– Moja mama wiedziała. Zaraz po wojnie podsłuchałam jej rozmowę z mężem sąsiadki, który właśnie wrócił z frontu. On też wiedział. I ty twierdzisz, że największym naszym sojusznikiem są ci grabieżcy i mordercy.
– Nie tylko mówię, ale jestem pewien. Kiedy grabieżcy to grabieżcy, ale pomogli nam tę wojnę wygrać, pomogli nam zwyciężyć. To, że przy tym upiekli swoją pieczeń to inna rzecz.
– I przy okazji zarzynali jak bydło, kradli, palili, gwałcili.
– To fakt, ale zdali sobie sprawę, że przed nikim nie padniemy na kolana, nie rzucimy ziemi skąd nasz ród, nie damy by nas gnębił wróg. Dlatego później podali nam przyjazną dłoń przy odbudowie i wspierają w utrzymaniu pokoju. Jak długo trudno przewidzieć. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Nawet człowiek jako jednostka potrzebuje zaufanych osób, z którymi łączą go mocniejsze więzi, na których może liczyć. W pojedynkę nic się nie zdziała. Nie rzadko bywamy zdradzani, ale morał z wiersza Przyjaciele naszego wieszcza był, jest i będzie wciąż aktualny, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie.
– Nie ma zaufanych i przyjaznych. Wrogowie czyhają. Ci najwięksi grabią i nadal zaciskają nam pasa, ci mniejsi zacierają ręce, jak nam się noga powinie, w łyżce wody by nas utopili.
– No właśnie. Ty widzisz wrogów na każdym kroku, ale głównego wroga masz w sobie.
– Bzdury. Znam się na ludziach. Zazdrość i zawiść z nich bucha, niczym koniowi z nosa.
– Z chrap.
– A tam, co mnie obchodzi koń. Nie łap mnie za słowa. Najważniejsze, że wreszcie znaleźli się odważni, aby przeciwstawić się ciemiężycielom i to bez knucia za plecami. Godnie pokazują twarz, bandytom plują prosto w oczy. Komuchy, jak kurwy mówią, że deszcz pada i chcą tłamsić biedotę. Tylko patrzeć jak zaczną zamykać tych, co za wysoko podnieśli głowy. Oby tylko trup nie kładł się gęsto. Sam mi kiedyś mówiłeś o jakiejś powtórce.
– Nie bredź. Całkowicie mylisz pojęcia. Już ci wyjaśniałem, że u nas na szczęście jeszcze jest socjalizm. To on torował drogę do awansu społecznego, tworzył inteligencję, wyzwalał człowieka z zacofania, analfabetyzmu i wyzysku. Więc, nie teraz istnieje zagrożenie dla klasy pracującej, ale właśnie później, jak ci twoi porządni, obojętnie od porządku, czy pożądania podskakiewicze, wywalczą waszymi rękoma dla siebie i tylko dla siebie wysokie stołki i duże pieniądze, co oznacza, że własne egoistyczne pobudki stawiają wyżej niż los obywateli kraju. Potrzebują cherlaków dla odwalenia brudnej roboty przeciwko władzy ludowej, nazywanej przez ciebie komuną, aby szybciutko dochrapać się awansu społecznego, czyli znaczenia. Ale do tego nie dochodzi się grabieżą i kłamstwem.
– Każdy chce znaczyć.
– No i znaczy. Każdy jest doceniony, pracuje zgodnie z wykształceniem lub predyspozycjami. Co dwa lata dostaje awans lub podwyżkę, ma też procentową wysługę za przepracowane lata. Szkoły są za darmo. Już zapomniałaś, kto zabezpieczył ci wykształcenie, matole. Jakie to był już twój wybór. Nie chciało się dźwigać teczki... resztę dośpiewaj sobie sama. Wydałaś choćby jeden grosz na swoją, albo naszej córki edukację. Weź pod uwagę też to. Kierowcy co rano jeżdżą do najmniejszej nawet wioski i przywożą ludzi do pracy, wygodnie, bezpiecznie i na czas. Zobaczymy jak będzie później. U nas buduje się kościoły, a nie zabija dechami, jak w innych krajach, nikt nie jest prześladowany z powodu uczęszczania do nich i modlenia się. Zakłady pracy posiadają własne kina, domy kultury. Przychodnie zapewniają bezpłatny dostęp do usług medycznych.
– I lekarzy o coraz przepastniejszych kieszeniach.
– Bo tacy jak ty ich rozpaskudzają, wciskają na siłę grubą forsę, bo chcą pokazać, że ich stać, albo chcą, żeby nimi zajęli się lepiej, niż pozostałymi. Ale później słono będzie się za wszystko płacić. Ci, którym zabraknie na leczenie zdechną na stojąco, ci co nie opłacą krociowego czesnego za naukę, utworzą podklasy osób społecznie wykluczonych. Ze względu na całkowity brak lub niedostateczne wykształcenie przybędzie nieprzystosowanych, niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania, zarówno na rynku pracy, jak i w nowoczesnym społeczeństwie. Jesteście marnymi pionkami na szachownicy podżegaczy. Ani chybił dostaniecie mata. Doprowadzą naród do skrajnej nędzy, spowodują, że bieda w garnkach i brzuchach będzie piszczeć. Idź, wykrzykuj te ich idiotyzmy, bo na pewno nie są twoje.
– To nie są żadne idiotyzmy. To poważna gra o być albo nie być ludzi, którzy do tej pory cierpieli, bo bali się własnego cienia. Będą strajki. Te ruskie sługusy muszą pójść po rozum do głowy, muszą ustąpić mądrzejszym, którzy pokierują krajem i dadzą każdemu normalnie żyć. A tak nawiasem. Tyś się minął z powołaniem. Już matka się na tobie poznała, że gadane to ty masz, choć ja i tak nie kumam twojej nawijki.
– To wysil tę tępą mózgownicę i zastanów się. Poddałaś się gawiedzi i letargicznie leziesz do tej wydumanej demokracji i wolności. Czy nie lepsza stabilizacja i bezpieczeństwo?
– W tym cały ambaras, żeby dwoje chciało naraz.
– Ale ja nie przekonuję cię, żebyś poszła ze mną do łóżka. Chcę jedynie, żebyś zrozumiała podstawowe sprawy. Na przykład, odpowiedz mi na pytanie, czyje teraz jest mienie, park maszynowy?
– Jakie mienie, jaki park?
– Ludzie, trzymajcie mnie. Gdzie ty żyjesz, kobieto? Czyje są maszyny, urządzenia, obiekty.
– Państwowe.
– To znaczy, że całego społeczeństwa, nasze, a wiesz czyje będzie, jak dla nich zwyciężycie tę walkę? Pasożytów, szczęściarzy i kombinatorów, żerujących na najmniej świadomych. Teraz nie widać kontrastów społecznych, ale później. Jedni, przepraszam za kolokwializm, będą srać do złotego kibla, a inni nie będą mieć nawet na gazetę, żeby dupę w latrynie, albo pod krzakiem obetrzeć. Dzisiaj możesz strajkować, bo wiesz od kogo czego wymagać. Dzisiaj masz związki zawodowe, które pójdą negocjować w twoim imieniu, ale później?
– Nikt mi krzywdy nie robi, a jak będę sobie sterem, żeglarzem, okrętem to tym bardziej.
– Wybij to sobie z głowy i to dużym młotkiem.
– A niby dlaczego?
– Bo będzie zupełnie na odwrót. Będziecie sobie w gębę pluć, że byliście naiwni. Sobie, nikomu innemu, bo nie będziecie wiedzieli, gdzie i kim są ci, co was w to szambo wciągnęli. Niektórym wstyd będzie się przyznać, że szli po węchu za nieosiągalną czekoladką o smaku dzieciństwa, którą będą oglądać na sklepowej półce. Wpajana wciąż przez lata nienawiść spowoduje, że kolejne pokolenia, zamiast własnej percepcji i rozumu, wnikliwego weryfikowania zdarzeń, będą powielały opinie i pomówienia, którymi już są karmione, powtarzały te twoje dzisiejsze wierutne kłamstwa i bzdury, dążyły do rozpętania kolejnej jatki bez historycznego podłoża. Aby nie sięgać głębiej wystarczy spojrzeć na miejsca zarzewia konfliktu. Chcą wieszać komunistów, chcą spełnienia postulatów, w których w dwudziestu jeden punktach nie ma mowy o biedzie, czy wyzysku. Wszystkie kręcą się wokół pieniędzy. Mało tego, chcą kartek na towary. To ma być sprawiedliwość? A wiesz jak skończą ci biedni górnicy, stoczniowcy, gdy nowa ideologia zwycięży? Kopalnie, stocznie
i inne większe zakłady pracy zostaną wyprzedane, pozamykane, a pracownicy pójdą na bruk, bo produkcja będzie nieopłacalna. Czy takiego kraju chcą? Nie! Ale zaślepieni pseudowzniosłymi hasłami idą na rzeź. Wielu im podobnych skończy tak samo. Nie upłynie dużo wody w rzekach, jak będą chcieli z kolei wieszać albo rozstrzeliwać obecne mąciwody. Tylko, że ci, już poustawiani, mający wszystko w dupie, będą się z was śmiać, używać życia w najbardziej ekskluzywnych miejscach na świecie, poukrywani pod nazwami firm, spółek, fundacji. Tak już przecież było, tylko nieco inaczej się nazywało.
– Pleciesz. Wolny rynek pozwoli każdemu mieć tyle, ile będzie w stanie zarobić i nikt nie będzie nikogo prześladował.
– Jeszcze niejeden z was zapłacze, za tym, co ma teraz. Jeszcze niejeden zakwili „komuno wróć”, chociaż jej tak de facto w naszym kraju nie było. A wolny rynek zwykłym zjadaczom chleba da zarobić tylko na chwilę i to niewiele. Reszta pójdzie do kieszeni tych, którzy zainwestują, będą posiadać środki produkcji i tanią siłę roboczą, która godzić się będzie na dyktowane warunki pracy, płacy oraz niewolnicze traktowanie. Wspomnisz moje słowa. Oby nie doszło właśnie wówczas do powtórki z holokaustu, z nieco innymi przesłankami i ofiarami w tle.
– Niech się dzieje, co chce. Nas już wtedy nie będzie. Ale póki co zdążymy się nacieszyć wolnością.
– A teraz to niby nie jesteś wolna?
– Już ci mówiłam, że duszę się w tym burdelu.
– Że się nie wstydzisz takich słów. Ty, ty się dusisz. Częściej, niż ci się należy jeździsz na darmowe wczasy lub refundowane, tak zwane „pod gruszą”. Sanatorium pokrywa ci fundusz zdrowia. Zagraniczne wycieczki masz za niewielką opłatą. Handlujesz, jak tylko się da. A po zmianach. Z handlu wyżyje tylko garstka. Komu tacy jak ty będą sprzedawać? Mało kogo będzie stać na zakupienie nawet najpotrzebniejszego towaru, ale na swoje trofea zdobyte za bezcen poza granicami, sprzedawane za kokosy u nas nie znajdziesz nabywców. Ja wiem, że dla ciebie lepsze pięć deko handlu niż deko roboty, bo ty do handlu od dziecka masz smykałkę, ale spadek produkcji, która jest podstawą rozwoju społecznego doprowadzi cię do ruiny, bo to, co przywieziesz, będziesz składować w piwnicy. Skończą się przyjaźnie, spotkania towarzyskie, które tak bardzo lubisz. Każdy będzie liczył grosze, niewielu pozwoli sobie na zakrapianą kolację w restauracji. Twoja mama ubolewa, że w tej chwili ludzie są dla siebie obcy, izolują się, ale to dopiero początek. W czasach okupacji tragedia, śmierć, zniszczenie popychały do wzajemnej życzliwości, wsparcia i wspólnego działania. Byliśmy jak jedna wielka rodzina. Byliśmy biedni, ale dobrzy i wrażliwi. Nikt nie patrzył na drugiego, ani na to, co z tego będzie miał. Teraz tkają wam pajęczynę jakiegoś lepszego jutra, drugiej Japonii. A wy, nieświadomi pułapki sami się w nią wikłacie. Pamiętajcie, że pomimo iż misternie tkana, jest mizerna. Będzie pękać w różnych miejscach, zwłaszcza finansowych. Uaktualni się hasło: Czegoś biedny, boś głupi, czegoś głupi, boś biedny. Wyższe wartości popłyną do kanału.
– Nudzisz. Śmiem przypuszczać, że to tylko twoja propaganda. Boisz się zmian tak, jak remontów w domu. Zaszyj się w jakiejś norze i przeczekaj. Wyleziesz po wszystkim. A mnie jest dobrze i będzie. Więc dla mnie bez różnicy, ale się nie boję ani stanu wojennego, ani godziny policyjnej. Mogę wyjść z pięściami, na te czołgi na ulicach, a zwłaszcza na ruskich. Po co mają u nas własne miasta, do których nam wstęp wzbroniony. Przecież, gdyby było tak dobrze, ani ich by nie było, ani władza nie bałyby się tej garstki buntowników.
– Bo to nie garstka, a całe masy skrzyknięte do służby, nie wiedzieć komu. Stan wojenny jest dla bezpieczeństwa, spokoju i suwerenności granic. Nawet papież, przeciwny jego wprowadzeniu przyznał w końcu, że jest mniejszym złem, niż zezwolenie na wkroczenie obcych wojsk, krew na bruku i czwarty rozbiór, tym razem bez możliwości ocalenia. Ta wojna, która przeszła do historii była tragiczna, ale ta, która wisi nad nami, niczym miecz Damoklesa, byłaby po stokroć koszmarniejsza. Wiesz, co dzieje się na wszystkich granicach, łącznie z morską?
– Oświeć mnie.
– Myślę, że nie muszę. Niedługo wszystko zostanie wyjaśnione.
– No widzisz, nie potrafisz, bo dla ciebie nigdy nie było ważne: Bóg, honor, ojczyzna.
– A dla ciebie jest? Jakoś mi się nie zdaje. W Boga z tego co wiem, nie wierzysz, honor masz w dupie, z ojczyzny najchętniej byś wyjechała i nawet do niej nie przyznawała, gdybyś oczywiście znała jakikolwiek obcy język, bo póki, co znasz trzy, dwa w butach i w gębie trzeci, który tak naprawdę jest ci na nic, bo nie władasz nim zbyt poprawnie,
tylko pyszczysz bez ładu i składu, albo klniesz. Na muzyce z tego co pamiętam się nie znasz, książek nie czytasz, teatr cię nudzi. Z tych zagranicznych wojaży też niewiele korzystasz. Nie znasz nawet powierzchownie historii krajów, które, no powiedzmy zwiedzasz, bo przecież twoje wycieczki nazywają się turystyczno-krajoznawcze. Jestem pewien, że nie interesujesz się ich tradycją, kulturą, systemem politycznym, ludźmi. Pusta egzystencja. I ja ożeniłem się z taką ignorantką. Bodaj bym połamał obie nogi, zanim mnie wzięłaś w swoje pazerne szpony.
– Wiem, widziałam kontrasty pomiędzy ludźmi. Aż żal było na to patrzeć. Obwieszeni złotem bogacze na tle żebrzących, wychudzonych do szpiku kości dzieci.
– No więc? Zero miernych wniosków, refleksji?
– A cóż mi do tego? Ja im nie każę tak żyć, nie doprowadziłam do ich bogactwa, ani nędzy.
– Oczywiście, że nie ty, ale taki sam los chcesz zgotować większości ludzi w naszym kraju, dzieciom, starcom.
– Daj mi już spokój.
– Dobrze, ale nie mów w niedalekiej przyszłości, że cię nie ostrzegałem, bo u nas nastąpią, może gorsze kontrasty.
– Bardzo śmieszne, a zresztą, pożyjemy, zobaczymy.

Do biura przyszła spóźniona. Zdziś chodził podenerwowany, ale nie zapytał o nic. Na tyle go wyszkoliła, że nie miał odwagi.
– Jedziesz na delegację, tym razem niestety sama. Mam starszą córkę na porodówce. Muszę przy niej być, wiesz. – Wyjaśniło się dlaczego zastała go w kiepskim nastroju.
– W takiej chwili miejsce dobrego ojca jest przy dziecku, dziadku – delikatnie go połaskotała.
Zdziwił się, że nie ma nic przeciwko jego argumentowi. Teraz odezwała się już nie tylko zazdrość, ale i podejrzliwość. Kilka razy w szale wściekłości podrapała mu twarz, zrobiła niezły bałagan w biurze, rzucając czym popadło, dziurkaczem, telefonem lub innym przedmiotem, będącym w zasięgu jej ręki. Dlaczego nie pokazała pazurków? Nagle zbladł, ujął za serce i opadł na dyrektorski fotel.
– Co się dzieje?
– Nic takiego. Pewnie emocje. Nie co dzień zostaję dziadkiem, czy mężem babci – wiedziała, że szaleje z powodu jej wypowiedzi.
Zamiast odstawić szopkę otworzyła furtkę nieufności. Zamiast w dalszym ciągu tłumić jego czujność wykonała wielce nieostrożny krok. Stracić sponsora strategicznego w czasie, gdy Jan pozakręcał wszystkie kurki byłoby większą od wojennej, tragedią.

– Od dzisiaj nie będziemy spali w jednym łóżku. Nie chce mi się dłużej wąchać twoich smrodów. – Mela wynosiła pościel Jana do drugiego pokoju.
Niczym posąg stał w drzwiach i nie mógł znaleźć słów na koszmar, którego epilog właśnie się rozgrywał. W tej oto chwili wszystko było przesądzone. Próbował zrobić krok do przodu, ale nogi, niczym zabetonowane odmawiały posłuszeństwa.
– Rusz się, stoisz w przejściu – wrzasnęła i z impetem odepchnęła go ramieniem.
Ocknął się. Obojętność nie pozwoliła na inne odczucia. Spojrzał na nią i zdał sobie sprawę, że jego życie legło w gruzach. Nie z powodu sytuacji, która w tej chwili zaistniała, bo na nią od dłuższego czasu był przygotowany, poniekąd sam planował, ale z powodu decyzji podjętej dwadzieścia kilka lat wstecz, efektu zauroczenia, może oczarowania kobietą, w której tak naprawdę nie było niczego. Teraz dopiero dostrzegł, że nie była nawet ładna. A może za sprawą cech charakteru, które przez lata odkrywała, straciła osobisty urok. Wszedł do pokoju, który zajmowała Ula, kiedyś jako dziecko, później potulna nastolatka i w końcu mężatka. Tu przyszedł na świat jego wnuk. Stąd Ula z synem wyprowadziła się do babci, która po śmierci średniej córki na opiekunkę nad niedołężną, styraną przez wojenne losy, rodzinną gehennę i bezradność starowinę, wybrała właśnie jego jedynaczkę. Przed oczami przewijał się obraz matki i choć nie własnej, to jakże podziwianej za hart ducha i poczucie godności, matki która żyła zgodnie z bożymi czy własnymi przykazaniami, która nigdy nie skrzywdziła nikogo, która każdemu służyła wsparciem i dobrym przykładem, matki samotnej i udręczonej. Ścielił sobie łóżko i popuścił wodze fantazji. W jaki sposób, przez lata ukochana żona, będzie próbowała go zranić, czego jeszcze względem niego się dopuści. Wszystko już było. Pozostało morderstwo z premedytacją. Czy byłoby ją na to stać? Na pewno, ale nie na ryzyko więzienia. Raczej doprowadziłaby ofiarę do samounicestwienia. Wielokrotnie pogrążał się w samobójczych planach. Jednak dać się zdominować takiemu zeru i jemu zadośćuczynić? Poprzysiągł, nie dać jej satysfakcji. Układał znane elementy jej życia. Nie miała podstaw, aby stać się podłą lampucerą. Wymieniał dudniące jak spod kopyt galopującego stada imiona mniej lub bardziej znaczących kochanków.
– I jakie bzdury jeszcze wymyślisz, parszywcu? Ta twoja zazdrość już mi bokiem wyłazi – rozsierdzona wyrosła w drzwiach pokoju-celi, którą niczym strażnik więzienny mu przydzieliła.
– Na przykład treść twoich zeznań na milicji.
– Ty durniu. Już ci wyjaśniałam, że pytali skąd mam na wycieczki, samochody. Mieli kopię twojego i mojego angażu. Wiedzieli, że to mało, bo przecież i żyć trzeba i opłaty zrobić. Nie mogłam przyznać, że tam i tu sprzedaję z zyskiem. Mogłam i z przyjemnością powiedziałam, że atrakcyjnej kobiecie każdy gotów zapłacić. Dla ciebie kłamałam. Zrobiłam z siebie kretynkę i parszywą dziwkę. Ale tobie oczywiście nie wpadło, że musiałam, żeby nie narazić cię na spowiedzi u pierwszego sekretarza, dostojniku. Wolisz mnie obrażać.
– Oczywiście, że wpadło. Tak doskonale kłamiesz, że tylko przez pomyłkę powiesz prawdę. Czasami też w obronie własnej, jak w przypadku tych znamiennych zeznań. Jednym słowem przyznałaś się, że jesteś dziwką, droższą lub tańszą w zależności od własnych potrzeb.
– Jesteś jednak ograniczonym chamem.
– Myślałem, że niewyparzony pysk to jedyna jej wada, ale teraz wiem, że ma jeszcze jedną, każdemu chętnie nogi swe rozkłada – zrymował.
– Byłeś moim materacem?
– Nie musiałem. Od ponad dwudziestu lat udowadniasz to dzień po dniu. Rób, co chcesz, tylko uważaj, co robisz. Ja cię z opresji ratował nie będę. I nie przynieś mi do domu jakiegoś paskudztwa. – Machnął ręką od niechcenia.
Coraz częściej to robił. Lekceważył. Już dawno zrezygnował z prób zbliżenia się do niej. Jego gorące uczucie osłabło, a może całkiem wygasło, skoro potrafił być beznamiętny. Czasami patrzył na nią z niewyobrażalną wręcz pogardą. Jawiła mu się jako krzewicielka wyuzdania. Od dłuższego czasu wiedział, kto jest jej głównym kochankiem. Dziwił się mężczyźnie, ale ten był zapewne przekonany, że jest niepowtarzalny i jedyny. W tym była bezkonkurencyjna. Tak wspaniale grała swoje role, że nikomu nie przyszłoby do głowy, że jest tylko marionetką w jej rękach. Jan był jednak szczęśliwcem. Uczucie jakie do niej żywił powoli odchodziło w siną dal. Zdjął wreszcie klapki z oczu. Odetchnął z ulgą, gdy do niego dotarło, że jego żona pomimo mocno rozkręconych trybików nie zdoła zmienić biegu historii i doprowadzić do społecznego rozkładu wartości. Była mu całkowicie obojętna. Nie zapytał, co tym razem wpadło jej do głowy, że wyrzuciła go z małżeńskiego łoża. W piątkowe popołudnie odpowiedź na pytanie którego nie zadał, stała w drzwiach. Młody, jak się później okazało sportowiec, blondas o wyglądzie rozczochranego amora, jednak bez strzały i łuku, ale z plecaczkiem przyjeżdżał na każdy weekend, aby dzielić z jego żoną jego łóżko.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.