Czytelnia

Urszula Białecka: Benka-Robert wrócił

Mówi się – droga prowadzi przez las, albo przez pola albo obok torów kolejowych. Ale to las, czy pola, czy nawet tory kolejowe prowadzą drogę. I chociaż tory uskakują czasem w bok i gubią się w dalekich łukach, ale droga już nauczona wie jak ma się pilnować tego sosnowego lasku, czy tych domów, które jak stacje kolejowe prowadzą ją i prowadzą aż do samego Gocławka. I tam droga nie ma już wiele do gadania bo tam rządzą tramwaje i autobusy i świtała czerwone mówią jej stop. Teraz ma prawo ta czy inna droga czy jezdnia z Żółkiewskiego, Zamienieckiej, czy nawet z Wiatracznej.
Ale tutaj, w tej naszej podmiejskiej dzielnicy drogi, czy dróżki, czy nawet zwykłe ścieżki są wytyczane przez miejsca, które są już jakby niechętne tym wszystkim którzy przechodzą koło nich. I te miejsca stawiają ludziom rozmaite przeszkody. Na przykład doły i dołki zarosłe krzakami, a te przyjmują jeszcze do siebie mniejsze i nie takie wyrośnięte zielska jaskółczego ziela, czy dziewanny. Tam mają swoje światy mrówki i wróble i wszystko co boi się człowieka. Ale są też tutaj inne miejsca. Otwarte i słoneczne zaciszne place czy placyki przy domach, czy przy sklepach. Odmienne też są na tych miejscach ludzkie drogi. Chodniki czy asfaltowe jezdnie, czy nawet jeszcze resztki starego bruku. ... co to każdy o nim, że może by wreszcie asfalt. Ale te wszystkie drogi są po to, żeby nimi każdy mógł sobie chodzić w poszukiwaniu czego potrzebnego dla siebie na przykład czyjejś życzliwości.

A do tego właśnie jest ta ukwiecona zatoczka wciśnięta między sklep a kiosk totolotka. Stoją tam wiadra i skrzynki a wszystkie pełne zapachów i kolorów i karteczek, że tylko tutaj i tylko stąd można tak naprawdę tanio przynieść do domu tulipany, róże, czy astry. Niektórzy odchodzili stąd z różą, czy z bukiecikiem fiołków, czy chociażby tylko z gałązka pachnącej forsycji. Szli tak z tymi kwiatami i uśmiechali się sami do siebie zdziwieni i radośni, że dostali tak hojnie obdarowani właśnie dzisiaj, kiedy to tak wszystko przeciw nim. A z takimi kłopotami żadną miarą nie mogła sobie poradzić, a nawet chociażby tylko zmierzyć się z nimi ta ich cała renta. To miejsce było królestwem Babci – Kwiatuszek. Od rana do wieczora w chusteczce, albo w berecie, albo i z gołą głową – bo to pan Bóg dał nam dzisiaj to ciepło, mówiła do każdego, kto tylko przystanął – i jakie to piękne te róże, astry, czy tulipany, jakie piękne. A niektórzy nic nie mówili tylko tak stali i stali i do nich Babcia mówiła – zapraszam – jakby stała na progu jakiegoś paradnego pokoju, gdzie rozwalone fotele czekają tylko żeby dać komuś odpoczynek i ulgę od jego kłopotów, czy tylko złych myśli. Tak mówiła właśnie i zapraszała na tę skrzynkę przewróconą do góry dnem obok jej krzesła. Ale tam w tym kącie między sklepem a drewnianą ścianką budki, co to każdemu może dać tyle pieniędzy, że no. Tam, prosto w te wszystkie róże czy astry, szeptem najgorsze myśli, które są samym tylko największym cierpieniem nikomu dotąd nie mówionym i z nikim nie podzielonym. A wszystkie kwiaty przeniosły tę spowiedź i podawały każde słowo Babci. Słuchała rzetelnie i potakiwała temu żalowi głową czy tylko westchnieniem. I oddawała tamty szeptom swój szept, który był zrozumieniem, a czasem i jakąś poradą. A potem rozgrzeszała tamto złe różą, albo bukiecikiem fiołków, czy tylko gałązka forsycji. To była babcia Dobrej Rady. A była jeszcze inna Babcia. Babcia Radosna, albo Słodka. Ale najczęściej o niej mówili Babcia – Ładnieci, bo kogo spotkała to ładnie ci i o jak ładnie ci. W tej różowatej to dopiero ładnie ci, tak do tej młodej zza kolejki mówiła radośnie, bo to była prawda. Ale taki Antoś – same kamizelki i kurtki i brudne szaliki, a na samej górze siwa korona w różne strony. Nikt nie zna dobrze twarzy Antosia bo jeszcze ta jego broda broni tej twarzy przed światem. Ale Babcia – Ładnieci wypatrzy jakiś bielszy kawałek z pod tych kamizel, i zaraz ucieszona – koszulę żeś se Antoś wyprał i od razu ładnie ci tak, o jak ładnie. Jak się już przejdzie tymi szerokimi piaskowymi koleinami spory kawałek, to trudno nie trafić do tej bocznej uliczki, a z niej do tej tylko wydeptanej prawie ścieżki, bezradnej w zimie, czy w jesieni. Wąskiej i prawie niewidocznej. Żeby nie zabłądzić to najpierw trzeba zobaczyć na samym rogu kamienne głazy i kamienie – kawały, a wreszcie na samej górze mniejsze, nad samą bramą – co to za takie żelazne łamańce? kwiaty jakieś, czy co, pytali nie obeznani z tą sztuką nowoczesnych ogrodzeń. Tylko kawały dachu czerwoną dachówką wyległy na sam wierzch do słońca. A co tam między nim, a tą bramą, to kto tam wie. Może nawet i basen. Więc za tym murem trzeba skręcić w lewo i trudno nie trafić do tego niewielkiego płotku z nierealną furtką uczepioną do niego sznurkiem. Ale dziwne, że te stare sztachety tak długo bronią się przed tym co tak na nich napiera. A są to przecież bardzo drogie i mocne murki i mury i żelazne ogrodzenia pełne siły i pychy, więc aż dziwne, że ten płotek jakoś jeszcze stoi. Poszłabym stąd – mówi Babcia – Ładnieci i pogaduje z kurkami. Przysiadły na ławeczce obok niej i wydziobują za pan brat z jej dłoni kawałki bułki, albo chleba. Jedzta, jedzta, na zdrowie. Więc nie może ich opuścić, zresztą gdzie. A ten drewniany dom też robi wszystko, żeby bronić tego ogródka – co to jeden zapach kopru i jabłek, tego całego ginącego królestwa. Więc aż pochylił się cały nad tą ławeczką, a wszystkie deski z obu stron drzwi też jakby zbiegły się na ratunek i zupełnym już ukosem trzymały się drugiej ściany. Więc jakoś jest jeszcze, jakoś jest – mówiła babcia Ładnieci, a babcia Dobrej Rady rozdawała swoje róże, czy astry, czy tylko gałązki forsycji wszystkim spragnionym życzliwości. Aż tu nagle przyszło Złe. Złe miało poczernione twarze, bo nawet najgorsze Złe nie chce, żeby tak o nim mówiono więc chowa się za te czarne farby, czy kominiarki. Jakby chciało się schować przed sobą samym. Jak Złe walnęło w bezradne okienka i zawsze otwarte drzwi babci Ładnieci, to akurat przewijała wełnę na kłębki. Więc tak z tymi kłębkami do góry jakby ich witała, albo chciała ich obdarować tą niebieską sprutą ze starego swetra, czy tą drugą czerwoną, żeby było ładniej. Ale oni za te ręce i na dół, a ten ich krzyk długo był niezrozumiały dla babci Ładnieci. Przetaczał się po pokoju i kłębił pod sufitem. A z nim wszystko nagle jakby walnęło gdzieś do góry, jakby zaczęło gdzieś uciekać, albo szukać jakiegoś wyjścia. Poduszki i wszystko z komody. I serce Jezusa, aż pękła szyba, jakby to samo serce pękło. Aż w tym wszystkim przyszedł babci z pomocą jeden usmolony. Renta. Aż się zdziwiła, że o taką marność i marnotę tyle złego robią. Ale podreptała do pudełka z cukrem i dała im te papierki, brakuje trochę bo kupiła sobie, a co ja teraz zrobię panowie, co ja teraz zrobię – zapytała nie wiadomo kogo, tych usmolonych czy samą siebie. Ale oni zaraz do drzwi i tylko któryś zapowiedział, że znowu. A babcię Dobrej Rady odwiedzali nawet w środku dnia, i sami nie pytani dawali sobie rozgrzeszenie. Najpiękniejsze róże, czy te piwonie, pokornie i prosto do ich rąk. Bo co może zrobić taka piwonia albo róża. Nic. Tu nawet pan dzielnicowy też nic, bo kto ich tam zna, jeszcze tacy uczernieni tą farbą. Aż tu nagle wpadła do babci Ładnieci Nóżka w krótkim gipsie na nodze. Nie można tak zupełnie powiedzieć, że raptem, wprawdzie wspomagały ją dwie kule i żeby prędzej, żeby z tą dobrą nowiną. A to Benka – Robert wrócił. A kto tutaj zamieszkał ostatnio w tych nowych domach, za tymi kutymi bramami, to nawet jeżeli ta nowina do nich dotarła, była dla nich nieprzeliczalna, ani na ceny hurtowe, ani na giełdy, ani poileś tam. A więc była dla nich bez znaczenia. Ale dla innych. Nóżka usiadła z babcią Ładnieci na ławeczce razem z kurkami. No będzie porządek i spokój powiedziała tylko i dalej milczały. Każda sobie rozważając tę nowinę. Bo nie ma co wspominać gdzie tam Benka – Robert był, jak go nie było. Trzymał porządek przyznała babcia Ładnieci, i od razu radośnie powiedziała – ładnie ci w tej bluzeczce, o jak ładnie ci. Wyciszyło się w tych uliczkach, i w tej kwiecistej uliczce też nastał spokój.
A ta ulica gdzie mieszka Benka – Robert razem z siostrą jest nieludzka w tym swoim odgrodzeniu się od świata. Wysokie parkany pozwalały wprawdzie przechodzić obok siebie, ale wąsko, żeby nie przeszkadzać tym wspaniałym srebrnym i zielonym, pobrzękującym muzyką, co to tak wszystkiego pilnują samym już wyglądem. A jeszcze te alarmy. Na szczęście jeszcze dwa drewniane Pekiny i nie istniejące już prawie płoty i sznury z praniem, no i te wieczorne pogwarki na schodkach. Są jeszcze ludzie, są. A te akacje – koronkowe baldachimy zagarnęły do siebie ten połamany dach i pordzewiałe rynny, i wyrównały rachunek z tamtymi ważnymi domami. Bo gdzie taki biały zapach, aż na werandę. No i gdzie tak posiadują, i czasem ktoś coś powie, a przeważnie to Sztywniak, albo Nóżka w krótkim gipsie. Bo Benka – Robert tylko słucha i jakby nie słyszał, i nie wiadomo czy coś zamiaruje, czy tylko wystarczy mu do życia to, że tak mówią mu o wszystkim, a on nic. Jakby nie do niego. A on codziennie tą ulicą jedną czy drugą, a za nim czasem Sztywniak wyprostowany jak jakiś oficer, albo i kto inny, ale przeważnie to on sam. Pozagląda do podwórek, czy zajrzy pod kasztanki... A ile piwek już było... trochę tego było... mówią z krzaków i zapraszają gościnnie. Ale on jak jaki dzielnicowy na obchodzie, pokiwa tylko głową i jeszcze z babcią Dobrej Rady pogada przydługo i nie głośno, aż ta jakby czymś ucieszona- takie piękne, najpiękniejsze te róże – pan weźmie. Ale on, że pani je sobie sprzeda, albo że no może jedną, żeby nie było babci przykro, że tak odrzuca tę jej wdzięczność.
To zbój, powiedział ten z warzywnej budki, zbój i złodziej, podobno – cicho to powiedział i jakby do siebie tylko. Bo o to chodzi, że podobno, podobno to albo tamto. Więc najlepiej cicho. A Benka – Robert szeroki i niski i taki pewny w chodzeniu, taki mocny. Jeszcze do babci Ładnieci i tu długo kiwał głową nad tymi potłuczonymi szybami, jakby te odłamki szyb i połamane drzwi czekały na niego z jakąś wiadomością.
Bo powiedział tylko – no dobra, pani tu sobie siedzi spokojnie, powiedział... siedzi sobie, siedzi. A Nóżka w krótkim gipsie powiedziała wieczorem w tę akacjową białość... są jeszcze ludzie, są.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.