Czytelnia

Edward Guziakiewicz: Obcy z Alfy Centauri

(fragment powieści)
Na stolikach figlarnie migotały świece, a w głębi urządzonej ze smakiem sali dyskretny kwartet smyczkowy popisywał się nastrojowymi melodiami rodem znad modrego Dunaju. Przez króciutką chwilę przyciągała jego uwagę czarna jak węgiel skrzypaczka. Byli na okrzyczanych Polach Elizejskich – w ekskluzywnym lokalu, osobiście wybranym przez Alice, lepiej zorientowaną w takich sprawach niż jej zamyślony i nieco gburowaty partner. W długiej wydekoltowanej sukni z gracją zasiadła naprzeciw niego i mógł z tłumionym zachwytem wpatrywać się w jej piękne oczy. Odniósł wrażenie, że psotny czas płata mu figle. Powinien był z miną snoba zaglądać do takich paryskich zakątków kiedy miał na karku trzydziestkę – ale w tamtym okresie życia nie wabił go i nie pociągał stary kontynent z barwną mozaiką regionów geograficznych i licznymi śladami historycznej przeszłości. Brakowało mu wówczas stylu. Żałował teraz, że po akcji nie udali się do Wenecji, a tam nie wynajęli gondoli, by przy świetle księżyca błądzić w labiryncie wąskich kanałów i tulić się do siebie jak dwa gołąbki. Nad Sekwanę przybyli z północnych Włoch bardzo szybkim składem TGV, więc podróż nie była długa i męcząca.

– Naprawdę, wytwornie – wybąkał, obracając palcami kieliszek i milutka agentka obdarzyła go zachęcającym uśmiechem, usiłując rozruszać nieruchawego niedźwiadka. Z takim wdziękiem wyszykowana nie kojarzyła się mu ze służbami specjalnymi i przyszło mu do głowy, że swymi powłóczystymi spojrzeniami skruszyłaby faceta znacznie twardszego niż on.
Kiedy znalazł się w tym lokalu, poczuł się zakłopotany i speszony, a poruszał się jak sztywniak, bowiem w Nowym Jorku i w Chicago najczęściej obijał się o bary szybkiej obsługi i nawykł do wymęczonych kelnerek, które nie cackały się z klientami. W lot jednak to przykre wrażenie minęło. Przy sposobności próbował sobie uzmysłowić, w co i za ile dał się wrobić. Z miną parweniusza zamówił pasztet z selera, smardzów i trufli, jagnię po pirenejsku z kapustą i mus z homara z papryką, czyli to, co szef kuchni najbardziej polecał. Tu umiano z portfeli wyciągać forsę. Nie pojmował, jak ślicznej agentce udało się zdobyć miejsca w zachwalanej w przewodnikach trzygwiazdkowej restauracji, bowiem jak gdzieś zasłyszał stoliki rezerwowało się tu z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Jej błyszcząca kreacja z lejącego się materiału też z pewnością nie pochodziła z byle jakiego sklepu. Jego partnerka nie potrafiłaby przewidzieć – nie mógł go opuścić niepokojący domysł – że znajdą się pospołu w Paryżu i że tu się gdzieś wybiorą wieczorem, wcielając się w role dwójki przyjaciół z wyższych sfer. Jak to zrobiła? Dystyngowani kelnerzy dzielili się z klientami pozytywnymi wibracjami, więc po pasztecie dał sobie spokój z nurtującymi go wątpliwościami. A poza tym dobre francuskie wino robiło swoje. Dziwiło go wyraziste brzmienie instrumentów. Żal mu było Williama, który utknął w mediolańskiej klinice. Tamten wszedł w kontakt z ostrymi kłami obcego, więc gdyby nawet nie wiadomo jak lawirował, nie byłby w stanie ominąć wiszącej nad nim kwarantanny.
Melodyjny sygnał wytrącił go na chwilę ze stanu błogiego spokoju. Nie odebrał przy stoliku, gdyż połączenie było kodowane. Kluczył w kierunku kontuaru w poszukiwaniu ściennego wideofonu i przyszło mu raptem do głowy, że miast angażować się w rozliczne zadania służbowe, powinien błagalnie paść przed Alice na kolana i potulnie poprosić ją o rękę. A po ślubie zaszyć się z nią gdzieś na Karaibach. Agentka nabrała śmiałości. Zadbała o to, by razem się przenieśli do metropolii nad Sekwaną, a potem postawiła go sprytnie w takiej sytuacji, że nie mógł nie zaprosić jej na kolację. Zaczynała wodzić go za nos, co takie urocze modelki jak ona miały od dziecka we krwi. Uzyskał połączenie po wyjęciu z kieszeni interfonu i wciśnięciu go w prostokąt gniazdka. Jak wszyscy agenci, miał w komórkę wmontowany specjalny dekoder. Nie musiał czekać. Na ekranie ujrzał funkcjonariusza, którego przelotnie poznał przy supermarkecie. Przyplątał się dopiero po akcji, ale ponoć był wyposażony w szerokie uprawnienia.
– Miałeś rację, Johnie – tamten rzucił, widząc go przed sobą. Nie bawił się w żadne wstępy. – Jeden z czujników zaczął pikać. Odezwał się na dwie, trzy sekundy – wyjaśniał. – Kamery powoli obróciły się w tamtą stronę, ale nie udało nam się niczego dostrzec. Nic się nie ruszało.
Smith się zastanowił. Wydawało mu się, że wie, co w trawie piszczy i że coraz lepiej wczuwa się w niby-psychikę obcych. Szło mu jak po maśle. Już po pierwszych niepokojących sygnałach z Czerwonej Planety, na której maszkary dobrały się do bazy, zaczął pośpiesznie gromadzić materiały o psychozjawiskach alternatywnych. Dzięki programom komputerowym udawało się tworzyć skomplikowane modele osobowości innych możliwych wyższych form życia w kosmosie. Teraz po trochu zajmowały się tym nawet dzieci w szkole.
Wstydliwie odkaszlnął.
– Tak trzymać, nie ma co – powiedział, ociupinę rozkojarzony. – W którą stronę... się potoczył? Jego rozmówca ironicznie się uśmiechnął. Był całkiem łysy, a jego gładka czaszka niemal lśniła.
– W którą stronę?! – zapytał się z drwiną. Chyba nie zdawał sobie jeszcze sprawy z niebezpieczeństwa, jakie wiązało się z obecnością obcego. Podrzucili mu granat bez zawleczki. – Ten krótki sygnał pochodził ze skraju złomowiska. Składują tam wraki samochodów.
Smith też przywołał na twarz blady uśmiech. Usiłował sobie przypomnieć, jak włoski agent ma na imię, ale bezskutecznie.
– Widocznie lubią nasze mobile – rzekł niefrasobliwie, przypominając sobie o tragedii z mustangiem. – Trzeba im sprawić jakiś model, stylizowany – na przykład – na pierwszą połowę dwudziestego wieku. Tamten szpetnie zaklął po włosku. Pojął, że Amerykanin sobie z niego kpi. Potem starał się już być obiektywny.
– A może to tylko błąd aparatury? – wyraził ostrożną wątpliwość.
Technik skrzywił się z niesmakiem i nerwowo złapał się za ucho.
– Wykluczone – parsknął. Tu był górą. – To, czym dysponujemy w firmie, jest bezkonkurencyjne – rzucił, pewny siebie jak diabli. – I zostało przetestowane w kosmosie.
Nieco przesadził z tym kosmosem, ale nie to akurat było ważne. Szczerze mówiąc, bardziej liczył na dane z satelity niż na prowizoryczny i ułomny system, który stworzył wokół supermarketu. Chłopcy szybko się uwinęli pod jego okiem i trochę zminiaturyzowanego sprzętu elektronicznego znalazło się na drzewach, słupkach i okolicznych budynkach.
Tamten stulił uszy.
– W porządku – powiedział. – Jeśli znowu będzie się coś dziać, dam ci znać.
Już po przerwaniu połączenia technik sobie uświadomił, że jego rozmówca nie telefonował z biura, ale z jakiegoś przyzwoitego lokalu. Chodziła mu po głowie nazwa „Tavola calda”.
– Ależ się, łajdaki, urządzają – mruknął do siebie zawistnie, wracając do stolika.
Zaraz jednak sobie uprzytomnił, że sam znajduje się w o wiele bardziej paradnym miejscu – i szybciutko tamtego rozgrzeszył. Każdy sobie ułatwiał życie jak mógł, o ile nie kłóciło się to z obowiązkami.
Alice taktownie nie zapytała o rozmowę. Sączyła wino, tęsknym wzrokiem obrzucając meksykańską kapelę, która w międzyczasie zastąpiła kwartet smyczkowy. Smith chwileczkę się wahał. Nie popisywał się na parkiecie od lat, ściśle biorąc odkąd zmarła jego żona. Ileż to już było? Usiłował sobie przypomnieć, zezując na dużo młodszą od siebie partnerkę. Chyba całe wieki. Czas biegł nieubłaganie, nie dodając mu urody, co mu unaoczniały coraz liczniejsze bruzdy i zmarszczki na twarzy.
– Do you want to dance? – zapytał i zaraz się przestraszył. Nie pojmował, jak ta nazbyt śmiała propozycja przeszła mu przez gardło. Nie nadawał się na donżuana, a poza tym nie miał cudownie umięśnionego ciała i muskularnego brzucha.
Alice spokojnie odstawiła kieliszek. Lekko się podniosła i zajrzała mu prosto w oczy.
– Czemu nie? – zgodziła się bez wahania. – Wyobraź sobie, że dawno się nie kręciłam – rzekła szczerze. – Chyba od balu na uniwersytecie – dorzuciła uspokajająco. – Prawdę mówiąc, nie miałam z kim.
W to ostatnie zapewnienie nie chciało się mu wierzyć, ale nie usiłował tego okazywać. Poczuł bliskość jej szczupłego ciała i lekko zawróciło mu się w głowie. Nigdy dotąd nie trzymał jej w objęciach. Ogarnęło go jakieś nieziemskie zauroczenie. Meksykanie się ożywili, jakby od samego początku czekali na tę czarowną chwilę. Dźwięki się wzmogły i John pojął, że dziewczyna w jakiś tajemniczy sposób jest w stanie wykrzesać z niego, chłodnego i opanowanego półkrwi Irlandczyka, uśpione od lat energie. Wręcz przywracała mu młodość.
– Kocham cię, Alice! – wyrwało mu się raptem z ust to, do czego nawet przed sobą samym się nie przyznawał. Jakaś tama w nim pękła i naraz przestał się kontrolować. Może dlatego, że poczuł na sobie jej krągłe piersi. Zaraz jednak wpadł w panikę. Nie powinien był tak daleko się posuwać. Dziewczyna była bardzo ładna i mogła z powodzeniem zrobić karierę jako modelka. Dotąd dzieliły ich niby wał stosunki zawodowe. W „Taillevent” traciły one na znaczeniu.
Przytuliła się do niego, składając mu głowę na ramieniu. Poczuł zapach jej włosów. Potem odsunęła się nieco od niego i szepnęła:
– Ty niczego nie rozumiesz, jak wszyscy faceci...
Nagle zaschło mu w gardle. Pojął, że się ośmieszył, lecz było już za późno, by mógł się z honorem wycofać. Okazał się większym idiotą niż przypuszczał. Jej podniecające kształty sprawiły, że stracił głowę – co było tym groźniejsze, że dobiegał pięćdziesiątki. Zachciewało się staremu.
– Nie rozumiem? – usiłował się tchórzliwie osłonić. Miał jeszcze dodać, że nigdy nie rozwiązywał testów z miłości, ale się nie odważył.
Roześmiała się serdecznie. Pocałowała go delikatnie w usta, zarzucając mu ręce na szyję.
– Niczego nie pojmujesz – pociągnęła ten wątek, zachęcona jego wyznaniem. – Kocham cię, miśku, zawsze cię kochałam, już wtedy, kiedy byłam na studiach – wyznała z rozbrajającą szczerością. – Szalałam za tobą. Dlatego trafiłam do twojej firmy. Tylko ty się liczysz w moim życiu, nikt inny, wierz mi. Wcześniej czy później musiałam ci to powiedzieć.
Melodia ucichła, lecz meksykańscy grajkowie jakby świadomi tego, co dzieje się z tą parą, rozpoczęli natychmiast następny utwór.
– Nie wiedziałem – wydukał ze skruchą i przytulił ją mocniej do siebie. – Sądziłem, że wyślesz mnie w cholerę. Może do domu starców. – Z czułością pochylił się nad jej dłonią, ale trafił na długą koronkową rękawiczkę.
– Pamiętasz ten okazały biurowiec obok parku? W każdy poniedziałek wychodziłeś głównym wyjściem około siedemnastej i odjeżdżałeś swoim wozem. We wtorki i środy – o szesnastej. Ja z bijącym sercem sterczałam zawsze po drugiej stronie ulicy.
Jej oczy zdradzały oddanie. Wyczytał z nich, że przeznaczenia nie można zmienić. Jeżeli czyniła takie próby i usiłowała walczyć z gorącą miłością, to te gniewne bunty i zrywy należały do przeszłości. Odsłoniła przed nim do końca swoją duszę. Nie był jednak pewny tego, czy potrafi odwzajemnić tak głębokie uczucie.
– Wracajmy – szepnął i obudził się w nim nagle silny instynkt opiekuńczy. – Uciekną nam bąbelki z szampana.
Podstarzały kelner wykorzystał ten moment, bezszelestnie podchodząc do stolika z ukrytą w serwecie kształtną butelką.
– Burgund, rocznik dwa tysiące osiemnasty – z niezwykłym szacunkiem podpowiedział dwójce Amerykanów. – To był bardzo dobry sezon w Europie. Przewidują, że obecny będzie jeszcze lepszy. Taktownie nie dodał, że za skromnie wyglądającą butelkę trzeba będzie sporo zapłacić. Czy jednak w takiej podniosłej chwili to się mogło liczyć?

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.