Czytelnia

Elżbieta Musiał: I ptaków zabrakło, i na cóż słońce

Czego tu szukasz?
Czy ktoś cię tu przysłał z olśniewającą
posługą czynienia światła?
Może wskrzesił twój zapał jedną zaledwie
zapałką z ostatniego pudełka
noszonego stale przy sobie na ostateczność.
Co za rozrzutność. I naiwność śmieszna.

A to tylko las jesienny pod twoim spojrzeniem,
las nie ja, waha się nad swoim szczęściem
przez chwilę. I tylko liście,
liście nie ja, udają na niebie obecność.
Prawdziwe symbole przychylnego wiatru
zawczasu odleciały.
Ty też w porę odejdź, moje słońce.
uchodź stąd czym prędzej, uchodź.
Może czas jeszcze gdzieś pozostał
bez skazy. Bo we mnie, widzisz,
we mnie twardy las topól i rozsiadł się wokół
od myśli po korzenie.
Od dawna. Że nie chcę już
rozstrzygać, kto tu był najpierw.
Ale wiem: jest młodość i jest
starość od nowa czysta.
I obie jednako gotowe. Im uczyń siebie.
A mnie pozwól nazywać się moim słońcem
- tak dobrze troszczysz się o mój
smutek. Nie, nie żebym zaraz żaliła się.
Smutek jest przecież dzieckiem radości.
Więc musiała być wiosna, nim stała się
tu jesień.

Gracuch, 20.10.03

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.