Czytelnia

Marek Wawrzkiewicz: List spod płyty nagrobnej - Estonia, XVIII wiek

Dla Aarne Puu

Teraz, kiedy u wejścia do świątyni
Leżę pod granitową, wytartą już płytą
Z napisem: Podepcz mnie
Bom prochem niegodnym tylko,
Mogę wyznać to, co wiedzieli wszyscy,
Choć wiedzieli nie wszystko:
- Grzeszyłem. Och, z jaką zapalczywością grzeszyłem!
Nigdy nie brakowało mi sił
Do grzechu. Budziłem się o poranku,
Wspominałem z rozkoszą wczorajsze grzechy
I śpieszyłem do dzisiejszych. Obmywałem członki
Nieco zatęchłą wodą, odziewałem skórzane portki,
Koszulę z koronkami, kapotę czarną
Jak grzech pijaństwa, obżarstwa i rozpusty
I biegłem do grzechu jak do źródła
Tryskającego spod skały.

Ester, moja przebiegła kochanka, napominała mnie:
- Nie grzesz z innymi, twoje obfite nasienie
Zostaw we mnie. W alkowie
Sztywne, szeleszczące prześcieradła czekają
Byś położył mnie na nich. Nikt tak -
Mówiła Ester – nóg nie zadziera. Nikt
Tak nie będzie kręcił kuprem pod tobą.

Biedna, zarozumiała Ester. Biedna Emma,
Rudowłosa, piegowata, z płomieniem
Pomiędzy udami, biedne szlachcianki,
Chłopki, mieszczki, karczmarki i dziewki kuchenne.
Każdej się zdawało, że jest jedyna. Boże,
Żałuję za grzechy, choć prywatnie ci powiem:
- Daj mi drugie życie. Dopiero wtedy
Pokaże, jak można nagrzeszyć.

Niskie jest niebo mojego kraju. Jesienią i zimą
Dzień ledwie się budzi, a już w sen zapada.
Co niedziela, w tym kościele wielebny pastor
Kazał sprzed ołtarza: - Płomienie piekielne
Spalą cię, jawnogrzeszniku Martinie,
Pomyśl o swej duszy skazanej
Na wieczne potępienie! Ale dusza
Chichotała bezgłośnie. Spod spuszczonej głowy
Łowiłem zaciekawione i pełne obietnic
Spojrzenia kobiet. Połowę z nich miałem,
Połowę będę miał. Żadnej nie przepuszczę.

- Coś robił, Martinie, pod Grubą Margeritą
W piątek, w deszcz, trzynastego? – krzyczał pastor –
Powiem ci coś robił! Grzmociłeś panią Teresę,
Zacną wdowę po oficerze. Czy po to
Pierś on nadstawiał za wiarę, żeby ona
Nadstawiała się tobie, plugawcze? Pastor
To szlachetny człowiek, ale on nie wiedział,
Że pod tą samą basztą ze środy na czwartek
Grzmociłem jego żonę. Wybacz, Panie Boże.

Za mało wtedy piłem. Trza było rzęsiściej
Popijać udziec cielęcy. Drobna kość, ta która
Utkwiła mi w przełyku, spłynęła by niżej.
A potem czkawka, womity, paralus
I żegnaj życie. I żegnajcie wszystkie
Nadobne wdowy, mężatki, dziewice,
Których nie przerąbałem. Dziś stąpacie po mnie
Leżącym pod granitem, tak, jak przykazałem:
Należy się grzesznikowi taka sroga kara.

Majtki wynaleziono sześćdziesiąt lat później.

Lipiec, 2005 r.

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.