Andrzej Krzysztof Waśkiewicz: Morena, zima

*
okno otwarte w kamieniołom ciemności
deszcz przeszedł lśni jeszcze asfalt i mokre
gałęzie drzew

rzeczywiste; jak ze snu

są; jeszcze

*
zmienny we zmiennym pośród dryfujących
powidoków zdarta skóra
świata jak on nagi rzeczywisty
jak ze snu

i spojrzałeś
w głąb dołu wapna
unosił się płynął
pośród obłoków dół
po ekshumowanych wyludniona
planeta

wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome
światło latarni odbija się w drobnych kropelkach
drżą i spadają
jak gwiazdy

sny na jawie ciężkie
lotniskowce chmur nad strzaskanymi płytami imperiów
kończy się wiek i milenium

głosy dawno zmarłych
tułają się po niewypowiedzianych zdaniach

*
lgniesz
do widoków pospiesznych piszesz
inskrypcje na smugach dymu

obłoki płyną ołowianym niebem
i wstaje ciężki świt nad kontynentem

szturmówki wieją nad twarzami które
z tej odległości są nie do poznania

ci co zamarzli sami sobie winni
już nawet nieprzydatni na nagłówki gazet

(zamarzło dwustu dwudziestu potem
porzuciłem gazety)

zmienny we zmiennym ruchome
centrum świata

nagie
bezsenne oko

*
królestwo konieczności: spadł śnieg
i stopniał
teraz znowu pada
przykrywa zrudziałą trawę zmarznięte kałuże
biały – póki co – całun

rozgwieżdżone niebo
wiatr ucichł i drzewa stoją nieruchome
światło latarni odbija się w drobnych kropelkach

drżą i spadają
jak gwiazdy

*
one
nie zadają już pytań

jak wiersz pisany na odwrocie wezwania do zapłaty zaległego czynszu

*
ciemne i grząskie jak ze snu obrazy
wynoszą cię na powierzchnię i trwa
nieciągła rzeczywistość wracają
w dowolnej kolejności głosy i obrazy

ty którego mówią
słuchający głosów

ale przecież lgniesz
do widoków pospiesznych
przypadkowych słów
jakbyś wierzył we wspólnotę krwi i doświadczenia
zmienny we zmiennym

*
i to rozsypane
pokruszone strzaskane
śni się rozpostarte
na zdartej skórze świata

wielki plan
budowniczowie ruin

i sen – już niczyj – jeszcze tu się błąka
śniąc nagle obudzonych
z recydywy marzeń

*
sny pod piaskiem
wiejącym przez ruiny

nagie
bezsenne oko

*
sam
bez sankcji i powinności
bez usprawiedliwień
pośród snów porzuconych w zgiełku giełd i trzasku
płonących gmachów dryfując wraz z nimi
w wielki dół wapna

otwarte groby jak otwarte konto

*
niejasne znaki: nagły grad w bagdadzie
w samo południe upalnego dnia
topniał na hotelowym dziedzińcu mgła
obejmowała twe stopy i nagle
rozwiała się zaświeciło
słońce

rozwietlony
wiosennym słońcem rynek w kożuchowie
z wiśni kwitnącej na zgliszczach ratusza
sypią się płatki
spadają pod stopy

ciężki nawilgły poranek kwietniowy
afisze wieszczą strajki policjantów
coś w rodzaju barykad
i napis
wchoda niet zagwożdżone działa
aurory
autokary
czekają na nabrzeżu

i jeszcze
pospieszny zdyszany rytm tego fragmentu

niejasne znaki z ciemnych złóż pamięci

*
forsycje w pąkach niedługo zakwitną
w nieżywą ziemię spada późny deszcz
topnieje szybko

*
nie brama: furtka szczelina w widoku
zarastającym blizną

*
ślepy kret
w zwałach piachu w glinie
powidoków

płynący przez błękit
dół wapna

*
śni się dawna zima
wrak autobusu który ugrzązł w zaspach
strzępy ulotek w brudnym śniegu okrzyk
gestapo i zatarte hasła
na murach gaz w podziemnych przejściach
(z ulic wywiał go wiatr) królestwo wolności
państwo i społeczeństwo
czemu śni się teraz
w parę dni po tym jak stara kobieta
koczująca na schodach właśnie się wyniosła
(człowiek=toboł; smutne błoto)

*
śnieg znowu pada i znów liczą trupy
tych zamarzniętych zmarłych pod bombami
w obozach dla uchodźców w utarczkach ulicznych
przypadkowych przechodniów

*
nadciąga burza i niebo ciemnieje
grom się przetacza jest jeszcze bezgłośny
i nagła błyskawica dobywa z ciemności
nagie drzewo i lśniące na nim drobne sople lodu

wciąż jeszcze zima

*
rankiem wysoko ponad lasem płyną
okręty wirują
białe płatki śniegu

zmienna – jak obłok – twarz rzeczywistości
piasek zdarzeń

*
są odpowiedzi ale nie ma pytań

*
śnią się bezludne sny obrazy i zdania
strzępy rozmów fragmenty przeczytanych wierszy
kursy walut urywki doniesień prasowych
utopie cnoty wymuszone przez haniebne zbrodnie
i cichy zachwyt mijającym światen
i dźwięczne zdanie które się przyśniło
dziejąc się – podobne światu
tak wiele zawisło od niego
przecinek albo może średnik
rozdzielał je
– tak wiele
zawisło od znaku –
śniąc powtarzałeś je i śniąc zapomniałeś
zdania układanego w pamięci
w tylu wersjach że
sens się zagubił i dźwięk
się zatarł zdanie
dryfowało słowa
odklejały się od sensów obrazy
płynęły samotnie i bezdźwięcznie

białoskrzydła
morska pławaczka

niejasna
amfibolia w środku przyśnionego zdania
błyskawica
przedzierająca się przez ciemność

pusta pamięć

*
lustra
odbite w lustrach

szczeliny powidoków

okno otwarte w kamieniołom ciemności

*
dzieje się zima
wiatr ustał i lśnią
sopelki lodu na wiotkich gałęziach
ciemno lecz świecą latarnie uliczne
nieprawdopodobnie
realne

*
jak krzyk zmierzchnicy usłyszany dawno
nocą nad rzeką w wznoszących się mgłach
wspólny ale osobny

jakby płynął
z gwiazd niewidocznych w tej mgle

*
i się wydobyłem
z grzęzawisk iłów ciemnych złóż pamięci
pagórków z kości dołów z wapnem równych
mogił ekshumowanych aktywa pasywa
rachunek zysków i strat

*
pośrodku żywiołów ciemnych okoliczności pośrodku nieciągłej
stającej się rzeczywistości pośród zdarzeń
jak trawa na równinach sen o hunach długie
eszelony i łopot na wietrze
sztandarów proporczyków szturmówek i haseł
skandowanych rozgłośnie
długi
proporzec dymu i spokojny błękit
w którym rozprasza się i niknie

stare sny
śnią się pod gruzami
miast wzniesionych z ruin

i śpią umarli śniący jeszcze żywych

lekkie prawie nieważkie srebrne płatki sadzy

*
gawrony krzyczą rankiem na trawniku

*
znów kopią groby znowu liczą kości
sztandary z kości wieją po gazetach
sztandary z kości wymienne na akcje
wchodzą na giełdę
popiół po spalonych
otwarte groby jak otwarte konto

*
śnią się szturmówki śnią przemarsze wojsk
czołgi transzeje śnią się szturmujące
niebo katedry pałace kultury
publiczne gmachy zmienione na banki
kościoły supermarketów kursy walut śnią
śpiący na dworcach lumpeksy śmietniki
noclegownie posiłki dla bezdomnych śni
sen o jednakich żołądkach dykta na której
pisano postulaty cudownie odnalezione
drzwi
wymienne
na akcje

*
znaki co znaczą lecz już ich nie czytasz

*
i toczy się ścięta
twoja głowa w jedwabnem płynie przez kanały
w mieście spalonym i wzniesionym z ruin
– nie do poznania obcym

wciąż śnią się śniegi w narodowych barwach
głuchy i ślepy gniew wydziedziczonych

strzaskany pomnik płomiennego serca
znowu się wznosi na placu przed bankiem

w widmowym mieście

*
i śnią się strajki protesty głodówki
targi o cenę pracy (dobra rzadkie
mają cenę umowną)
poszuściły w kątku jakieś proklamacje

*
rzeczy tak ciemne jak zawsze nad ranem

tylko tyle

żółta forsycja w białych płatkach śniegu
nagie drzewo
butelki
i puszki po piwie
na trawniku przed blokiem

i pies co przybiegł
gdy go zawołałeś

i szliście razem

martwiejąc w tym wierszu

*
śnisz się w snach bezludnych w skrytych przejściach zdarzeń
bez przeświadczenia żeś cokolwiek winien
sobie i światu

*
błyskawica zalśniła lecz grom się nie rozległ
nagie drzewa wciąż stoją w tym gęstszej ciemności
i cisza niewybuchu przetacza się w ciemnym
niebie po którym płyną ukryte obłoki
a wyżej jeszcze skryte satelity
rozpoznają cię po cieple które rozproszyłeś
w wielkiej komunii ze światem

*
widmowe miasto
wciąż się buduje i wciąż nad nim płyną
– jakby z ołowiu –
ciężkie lotniskowce chmur

*
zmienny we zmiennym ruchome
centrum świata

nagie
bezsenne oko

1998 – 2002

© 1920 – 2017, Związek Literatów Polskich. Wszelkie prawa zastrzeżone.