Kochane Koleżanki, Drodzy Koledzy,
albo powiedzmy otwarcie: Przyjaciele.

Znowu nadeszła jesień, znowu coś w nas przemija, coś od nas odchodzi, coś w nas zamiera... coś się kończy. Być może to właśnie jest dobry czas na literaturę. Mój Boże. Jakiż to dobry czas? Kto przy nas nadal pozostał oprócz, być może, już tylko nas samych? I znów dopadają nas tutaj liczby, (ogromne, bezkształtne, potworne liczby) a my przecież nie mamy głowy do wielkich liczb. I tak przemijamy sobie z wiatrem, sobie... a Muzom, kłaniamy się dostojnie, wytwornie i nisko, coraz niżej... jeśli nie najniżej.

Za rok stulecie naszej Organizacji, a teraz już prawie półwiecze Warszawskich Jesieni Poezji, serce rośnie jeśli tylko pomyślimy, że my wciąż żyjemy, że wciąż, pomimo przeciwności losu dane jest nam się spotkać, pokazać światu i zawołać głosem donośnym. My – jeźdźcy bez głowy do wielkich liczb. My – skazani na wymarcie przedstawiciele coraz mniej szanowanego gatunku artystów słowa. My wciąż tu żyjemy, tworzymy, piszemy, aby umrzeć za to wszytko. (najczęściej w biedzie i zapomnieniu)
Nasze życie i nasza walka, nasza pielęgnacja oraz pamięć, o tych, których już z nami nie ma, nasz podziw i nasza nieustająca fascynacja pięknem tego świata, nasza wielka, przeogromna miłość do sztuki, na ołtarzu której dotyka nas coraz boleśniejsza codzienność, coraz smutniejsza rzeczywistość oraz coraz skromniejsza publiczność. Popatrzcie tylko. Pisarze i poeci nadal żyją. Jakiegoż sensu nabierają tu i teraz słowa „póki my żyjemy...”
Bez głowy do wszelakiej policzalności, bez tej współczesnej bezczelności władnej wyszarpać środki niezbędne do prowadzenia choćby i nawet najprostszej statutowej działalności naszej Organizacji. A przecież wiemy doskonale, ba, jesteśmy tego niemal pewni, że to działalność ważna, doniosła, kulturotwórcza i bezcenna. Władna i żądna ocalić nie tylko człowieka w jego istocie, ale i sztukę, literaturę, cywilizację myśli i słowa, kulturę umożliwiającą przetrwanie ludzkości, wartości humanistycznych, które przecież za centralny obiekt swego uwielbienia po bogach upodobała sobie właśnie człowieka w jego najpiękniejszej z możliwych prostocie.
I oto nadchodzi, rozpoczyna się 48 Warszawska Jesień Poezji, jesień żądna naszego świętowania i rytualnej celebry, której wyrazem jest uszlachetnienie stanu twórców literatury do czegoś o wiele większego niż życie i znacznie większego niźli śmierć. Bo póki my żyjemy, żyć będzie każdy twórca pięknych i mądrych słów, każdy skazany na ten trudny los marzyciel, który zapragnął zostać pisarzem, autorem czy poetą (jak by go nie nazwać – artysta) i choćby już go z nami nie było, jego pamięć uwiecznić możemy przecież tylko my – wciąż żyjący twórcy, dusze rogate i niepokorne, z bogami się o wieczność wykłócające i wojujące o każdy okruch nieskończoności czy innego wymiaru nieznanych nam jeszcze światów, które tylko my potrafimy przecież Wam przybliżyć.
To bowiem jest święto naszej Świętej Sprawy. 48 Warszawska Jesień Poezji, poezji, która czyni przecież zawsze człowieka: większym, szlachetniejszym i piękniejszym.
Słowem, w imieniu Władz naszego wigilijnie stuletniego Związku Literatów Polskich – witajcie Drodzy Przyjaciele